Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quidditch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quidditch. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 grudnia 2015

8 Rozdział 'Mglisty Mecz i Wyraźny Ponurak'

          James uchylił okno wpuszczając do dormitorium mroźne powietrze. Słońce nieśmiało wysuwało się nad horyzont, mgła która spowiła cały Hogwart iskrzyła muskana przez pierwsze promienie. Do południa zdąży opaść – stwierdził i odetchnął głęboko z uśmiechem. Dziś mieli grać ze Slytherinem. Uważał ten mecz za najważniejszy w sezonie, właściwie to chyba wszyscy tak uważali. Gdy Dom Węża mierzył się z Domem Lwa frekwencja na widowni była zawsze największa, proporcjonalnie wzrastała również ilość fauli, kontuzji, połamanych mioteł, wybitych zębów i oczywiście co za tym wszystkim idzie zajętych pryczy w Skrzydle Szpitalnym.
          Z łóżka które stało po prawej stronie Jamesa dało się usłyszeć jakiś bliżej nieokreślony bulgot.
          – Hę? – Potter naciągnął na siebie bluzę.
          – Mknij to kno – głowa Syriusza na dosłownie sekundę wynurzyła się spod poduszki po czym znowu pod nią zniknęła.
          – Nie ma mowy, wstawaj. Mamy najpiękniejszy dzień w roku, jestem pewny że chcesz go w stu procentach poświęcić Quidditchowi.
          Potter rozsiadł się w fotelu, widząc że Black ani myśli opuścić swój pierzynowy raj, dobył różdżki i rzucił krótkie zaklęcie w stronę swojej półki nad łóżkiem. Figurki dinozaurów które tam królowały natychmiast ożyły i z impetem rzuciły się w stronę Łapy.
          W czasie gdy pradawni przyjaciele Rogacza robili u Syriusza apokalipsę, z łóżka wygrzebał się Remus, a zaraz za nim Peter.
          – Czy w dzień meczu nie byłoby rozsądnym wypocząć i darować sobie trening? – zaproponował Lupin chociaż bardzo dobrze wiedział jak to zawsze wygląda i że z pewnością sobie nie odpuszczą. Był jednak zaniepokojony stanem Jamesa, od początku listopada katował się treningami i mało sypiał, zawsze miał świra na punkcie Quidditcha, ale to była już przesada.
          – Luniak! Czytasz mi w myślach! – odparł Black, jednak gromiące spojrzenie Pottera sprawiło, że i tak podniósł się z łóżka i niechętnie wciągnął na siebie spodnie.
          Kilka minut później schodzili już na śniadanie.
* * *
          Lily kartkowała podręcznik, ale już dawno myślami uciekła w inną stronę. Obiecała sobie, że do południa upora się ze wszystkimi pracami domowymi, ale chyba w końcu nadszedł czas żeby pogodzić się ze swoją organizacyjną porażką. Zamknęła książkę i westchnęła ciężko. To samo uczynił Remus co wprawiło ją w lekkie zdziwienie, kto jak kto, ale Lupin był oazą spokoju i nic, nawet mecz Slytherin kontra Gryffindor, nie był w stanie wytrącić go z równowagi.
          – Coś się stało? – rzuciła, a widząc spojrzenie Luniaka już była pewna, że się nie myliła.
          – Chciałbym z tobą porozmawiać. Pewnie ci się to nie spodoba, ale chodzi o Jamesa.
          Prychnęła zdmuchując sobie kosmyk włosów z twarzy i opuściła wzrok przybierając maskę obojętności. Od balu nie zamieniła z nim nawet słowa, ba, nawet nie minęła się z nim w drzwiach, obchodziła go jak największym łukiem i o dziwo dość dobrze jej to wychodziło.
          – Znowu coś zmajstrował?
          – Nie, to znaczy... Mam nadzieje że nie. Coś musiało wydarzyć się na balu bo od tamtej pory...
          – Phy, szukasz powodów? To źle trafiłeś, powinieneś udać się do Marleny, nie do mnie – odparła natychmiast. Jego 'igraszki' z McKinnon przelały kielich goryczy jaki już wystarczająco napełnił się pomiędzy nimi po ostatnich zdarzeniach. Do Halloween jakaś jej cząstka miała nadzieję, chociaż za nic w świecie by się do tego nie przyznała, że James rzeczywiście chce się z nią umówić z jakiś większych pobudek niż 'chce cię mieć w swojej kolekcji dziewczyn'. W trakcie balu jej złudzenia rozwiały się na dobre.
          – Udam, że tego nie słyszałem – posłał jej karcący, zmęczony uśmiech – Pokłóciliście się na balu, poszło tylko o Severusa?
          Ruda gładziła brzeg książki przypominając sobie szczegóły.
          – Tak... Pobił go bo zabrał dla mnie książkę z Działu Ksiąg Zakazanych...
          – Lily... – przerwał jej – Nie chce cię niepokoić, ale myślę, że zbyt pochopnie oceniłaś sytuację. Owszem, nie pochwalam Jamesa za to że rzucił w niego książką, chociaż podejrzewam że było to spowodowane impulsem, wiesz jaką Rogacz ma awersję do Czarnej Magii... Zaniepokoił mnie jednak tytuł książki jaką znaleźli przy Severusie, z własnej ciekawości sprawdziłem spis ksiąg znajdujących się w bibliotece i mogę cię zapewnić, że Snape musiał ją zdobyć z innego źródła...
          Wstrzymała na chwilę oddech. Czuła, że coś było nie tak, ale była tak zaślepiona konfliktem z Potterem, że na wszystkie sposoby starała się oczyścić Severusa z jakichkolwiek zarzutów, tymczasem okazuje się, że ją okłamał. W tej chwili sama miała mu ochotę przyłożyć książką, ale natychmiast skarciła się za tę myśl.
         – Och – mruknęła nie wiedząc co powiedzieć – Skądkolwiek by jej nie zdobył, zrobił to by pomóc mi z pracą domową – dodała w końcu, znowu go usprawiedliwiając. Będzie musiała z nim porozmawiać, z pewnością da się to jakoś wyjaśnić...
          Zerknęła na Remusa z myślą, że pewnie zaraz zgani ją za tłumaczenie Severusa, ten jednak milczał z zasępioną miną patrząc się w okno, wyglądał na przejętego, ale z pewnością nie chodziło tu o Snape'a. Lily zaczęła analizować ostatnie tygodnie, rzeczywiście od balu James nie sprawiał większych kłopotów, a i omijanie go było wyjątkowo łatwe, może zwróciłaby na to uwagę gdyby nie fakt, że po prostu jej to odpowiadało. Już miała zapytać o szczegóły Lupina, gdy ten wyrwał się z rozmyślań, wstał i zaczął zbierać książki wraz z pergaminami.
         – Chłopaki pewnie szaleją przed meczem, idę rozdzielić kopniaki na szczęście, też się nie mogę doczekać – uśmiechnął się, chociaż nie był to zbyt szczęśliwy uśmiech i zostawił Lily samą ze swoimi myślami.
          Po tej krótkiej rozmowie Evans już całkowicie nie była w stanie wrócić do nauki. Machnęła różdżką zbierając stos podręczników ze stolika, po czym ruszyła między regały by odłożyć je na miejsce. Uwielbiała zapach w bibliotece, działał na nią uspokajająco i nawet najbardziej niesforne myśli znajdowały tam miejsce w jej głowie. Tym razem było to o wiele trudniejsze ponieważ pierwsze skrzypce grały emocje. A co jeżeli rzeczywiście pochopnie oceniła działania Severusa? Ostatnio bardzo często spotykała go w towarzystwie Averego, a nie był to najlepszy typ na przyjaciela... A jeżeli James miał rację i Severus uczy się potajemnie Czarnej Magii?
          Gonitwa myśli i teorii spiskowych całkowicie odebrała jej poczucie czasu. Ocknęła się dopiero gdy szkolny zegar wybił godzinę dwunastą. Zebrała swoje rzeczy i wyszła z biblioteki. Może nie była jakąś wielka fanka Quidditcha, ale nie miała zamiaru opuścić meczu.
          – James! – głos Marleny na korytarzu sprawił, że od razu uniosła głowę w poszukiwaniu Pottera. Chciała z nim porozmawiać, chociaż nie miała pojęcia co takiego mogłaby mu powiedzieć po tak długim okresie milczenia – Połamania miotły – McKinnon pocałowała go w policzek i uśmiechnęła się szeroko. Chęć rozmowy natychmiast wyparowała z Lily, gardło jej się zacisnęło i jedyne co była w stanie zrobić to spuścić wzrok na podłogę – Zapomnij o tej głupiej wróżbie... – ściszony głos Marleny dosłyszał pewnie tylko James i Lily która pospiesznie ich wyminęła. Wróżba... Evans miała ochotę wrócić się by usłyszeć więcej, ale nogi same niosły ją jak najdalej od Pottera. Wróżba? James nigdy sobie nie wróżył, najzwyczajniej nie wierzył by jakaś kula, fusy czy podeszwa jego buta mogła przewidzieć jego przyszłość. Pod rudą czupryną zaczęła tworzyć się pewna teoria łącząca bal, rzekomą wróżbę i dziwne zachowanie Pottera, jednak nim zdążyła powiązać się na dobre przerwało ją przykre spotkanie głowy Lily z otwierającymi się drzwiami. Evans odbiła się z jękiem i natychmiast złapała się dłonią za czoło, mogłaby przysiąc że czuła jak pod palcami rośnie jej guz. Odgarnęła zwichrzone włosy z twarzy i uniosła wściekły wzrok na sprawcę całego zajścia, gdy go ujrzała natychmiast jednak spuściła spojrzenie na podłogę.
          – A gdzież to tak pani pędzi, panno... Gryfonko – trzeszczący głos Igitura sprawił, że Lily całkowicie zapomniała o guzie na głowie – Nieważne... W tym bądź razie lepiej niech pani uważa, bo szkoda żeby tak piękne... Drzwi się porysowały – warknął i zatrzasną wspomniany artefakt z całkowitym brakiem szacunku. Odszedł pospiesznym krokiem, zdecydowanie był wściekły chociaż Lily nie miała pojęcia czy to przez nią, czy przez... Zerknęła na drzwi, profesor Rolanda Hooch? A co takiego profesor Evansecunt robiłby u madame Hooch? Evans stała zamurowana gapiąc się w tabliczkę. Czuła, że po tym zdarzeniu jej jakakolwiek pozytywna ocena z Obrony przed Czarną Magią wisi na włosku... Już miała koszmary i niestrawności, to co będzie teraz? Pacnęła się w czoło i jęknęła krótko, czując na powrót gulę pod palcami. Ruszyła do dormitorium mając nadzieję, że po drodze nie spotka już nikogo więcej.
          – Remusie! – pokój wspólny wyglądał jakby już świętowano zwycięstwo. Ktoś zarzucił Rudej szalik Gryffindoru na szyję, czerwone konfetti wystrzeliło z rąk jakiegoś pierwszoroczniaka – Remus! – Lunatyk właśnie zakładał czapkę gdy dostrzegł rudą czuprynę przepychającą się w jego stronę – Co takiego James wywróżył sobie na balu?
          – Hm... Co ci się stało w czoło? – skrzywił się dostrzegając fioletowy kolor.
          – Och, nieważne... Lepiej odpowiedz mi na pytanie.
          – Wolał rzucać Trupimi Oczkami w ślizgonów, chyba sobie nie wróżył, w tym bądź razie nic nie mówił...
          – No więc... Wydaje mi się, że jednak powinieneś porozmawiać z Marleną.
* * *
          Niestety mgła wcale nie opadła, wręcz przeciwnie, wydawało się, że jest jeszcze gęstsza niż rano, a może to tylko złudzenie przez fakt, że słońce już jej nie prześwietlało bo zniknęło za chmurami które pojawiły się jakby znikąd? James mógłby przysiąc, że ktoś majstrował przy pogodzie, zapowiadał się długi mecz. Ścisnął mocniej miotłę w ręce i odwrócił głowę z powrotem w stronę Wooda kończącego wygłaszanie mowy motywującej.
          – ... damy im wycisk, to będzie największa w historii Hogwartu porażka ślizgonów, mają kupę świeżaków, a my jesteśmy już starymi Quidditchowymi wyjadaczami, co nie? Zwycięstwo jest nasze! – wykrzyczał jak jakiś psychopata, natychmiast wskoczył na miotłę i wyleciał na boisko witany z całą drużyną salwą wiwatów i oklasków.
          – I są! Lwi pogromcy przestworzy! – Terry Skeeter wrzeszczał do mikrofonu nie mogąc ukryć podniecenia rozpoczynającym się meczem – Czy uda im się zatrzymać puchar przy sobie?! A może ich czerwone peleryny zamienią się w krwawe całuny?! Będzie się działo! Widzę te zacięte miny! Z ich mioteł bucha para, rwą się do lotu, och, co to będzie za mecz! Czerwoni są, zieloni są, błagam, madame, nie trzymaj nas dłużej w tym napięciu, spuść dzikie piłki ze smyczy, niech poleje się krew! Iii... Yeees! Wystrzelili! Widzicie te błyszczące tłuczki? Ile kości dziś połamią, ile zębów wybiją?! Obstawiajcie zakłady! (...)
          James wystrzelił w powietrze, lecz Złoty Znicz natychmiast zniknął we mgle gęstej jak mleko. Ta piłka działała na niego jak czerwona płachta na byka, na jej widok ciśnienie mu podskakiwało, serce zaczynało szaleć w piersi, a wszystko inne dookoła znikało. Był prawie pewny, że gdyby piłka wskoczyła do ognia, on poleciałby tam za nią. Często ryzykował zbyt wiele, pozwalał sobie na najbardziej nieodpowiedzialne chwyty tylko po to by schwytać Znicza, ale dlatego też był taki dobry i tyle razy zapewnił swojej drużynie zwycięstwo. Kochał tę grę, dzięki niej mógł chociaż na chwilę zapomnieć o tym co go dręczyło, tak było też tym razem, pamięć o Ponuraku który ukazał mu się w Noc Duchów zniknęła gdzieś jak Złoty Znicz we mgle.
          Widział Regulusa Blacka który krążył nerwowo po boisku ciskając w Pottera ostre spojrzenia, też zgubił Znicza, pewnie sprawdzał czy James go nie wytropił. Korzystnym dla Rogacza był fakt, że ślizgon miał dziś swój debiut, nie trzeba było nawet się przyglądać by dostrzec jak bardzo był zestresowany. Potter przyspieszył robiąc rundkę wokół boiska, na co Black również poderwał się w górę. Gryfon zachichotał przyspieszając, po kilkunastu metrach stracił Regulusa z pola widzenia, mgła była zbyt gęsta by mogli mieć się ciągle na oku. Miało to swoje plusy i minusy, ale James raczej się nie przejmował by Black dopatrzył Znicza pierwszy. Rozglądał się uważnie i słuchał komentującego Terrego, informacje jakie przekazywał mu o Regulusie były wystarczające, nie musiał go śledzić jak to robił sam ślizgon, mógł oddać się w stu procentach wypatrywaniu Złotego Znicza. I tłuczków.
          – Black posyła tłuczka w stronę Blacka! Och, chyba muszę się przestawić na imiona bo się moi drodzy czarodzieje pogubimy! Iii...!!! Ach, zieloni obrońcy pilnie strzegą swój nowy nabytek! No więc, wracając do Blacków! Cóż za emocje, dwóch braci w przeciwnych rodzinach, oj, chciałem powiedzieć drużynach, chyba przydałaby im się terapia domowa, bo Syriusz znowu posyła tłuczek w kierunku swojego brata i och!!! Oberwał! Ile żeber poszło?! Obstawiam ze dwa! A tymczasem Meadowes ciśnie kafla, leci, leci i jest!!! Dziesięć punktów dla Gryffindoru! Trybuny szaleją! Ręka do góry kto widział tego gola?! Tak, ja też nie! Mgła dziś straszna, ale dzięki mnie i moim informatorom dowiecie się o wszystkim! Syriusz! Przestań całować się z Dorcas! Gra toczy się dalej! Ślizgoni się wkurzyli! Mulciber sieknął w kafla celując w Pottera! Będzie w zęby, jak nic! Gdyby tylko jego najlepszy przyjaciel skupił się na grze, a nie na dziewczynach! Kto znajdzie siekacza Jamesa po meczu w tym zamglonym trawniku?! Będzie musiał na zawsze pożegnać się z chrupaniem... A jednak! Wykiwał tłuczka! Black już jest przy nim, a nie, już nie! James wystrzelił w górę! Tak, tak! To Złoty Znicz!
          Błysk piłki zadziałał na Jamesa jak zastrzyk kofeiny. Pojawiła się przed nim zatrzymując się na chwilę jakby chciała by ją na pewno zobaczył. Syriusz nie musiał go ponaglać, Potter natychmiast ruszył za nią wyciskając ze swojej miotły maksimum prędkości. Wznosili się w górę, wydawałoby się, że mgła nie ma prawa być aż na tak dużej wysokości, ale nim zaczęła się jakkolwiek przerzedzać James już nie słyszał paplającego Terrego. Nagle Złoty Znicz wykonał szybki zwrot, zakręcił młynek wokół Rogacza i ruszył do przodu. Potter podejrzewał, że piłka będzie bawiła się teraz z nim w kotka i myszkę. Na tej wysokości nie było wież ani innych zawodników czy piłek, Złoty Znicz mógł korzystać jedynie ze swej niesamowitej zwrotności, ten jednak pruł do przodu nie bawiąc się nawet w zwykły slalom. Dziwne... James zmarszczył brwi. Jeszcze bardziej dziwne zaczęło mu się to wydawać, gdy jego wewnętrzny kompas podpowiedział mu, że już dawno minęli granice boiska. Niemożliwe... Może krążą w kółko? Nie... Czułby to...
          Nagle Znicz się zatrzymał, a gdy tylko dłoń Pottera musnęła jego skrzydła zapikował w dół. Mgła sprawiała poczucie w Jamesie, że zaraz rozbije się o ziemię. Był prawie pewny że z tą prędkością traci jakąkolwiek szansę na zareagowanie na czas, jednak to 'prawie' sprawiło, że ani myślał zwolnić. Mknął w dół i pewnie rozbiłby się o ziemię gdyby nie... drzewa. Gałęzie wyłoniły się z mgły w ułamku sekundy, w drugiem jej ułamku Potter już się z nimi witał. Skulił się i pociągnął trzonek do góry rozkazując miotle natychmiast się zatrzymać. Po zderzeniu z konarem musiał ją wypuścić, bo gdy chwilę później zderzył się z ziemią, ona wisiała dalej na drzewie.
          Wypuścił z jękiem powietrze z płuc, czuł pulsujący ból w żebrach, a przed oczyma obraz wirował mu jak podczas korkociągu na miotle. Dopiero po chwili rozpoznał swoją złamaną miotłę wiszącą na drzewie. Ściągnął gogle i odrzucił je na bok. Drzewa. Był w Zakazanym Lesie, co do tego nie miał wątpliwości, ale jakim cudem... Usiadł i rozejrzał się dookoła. Złoty Znicz lewitował kilka metrów przed nim. James wstał, nie bez trudu. Wyciągnął ukrytą w rękawie różdżkę. Cisza jaka panowała wokół niego była aż nienaturalna. Nie miał pojęcia co się właściwie dzieje i czy jest to aby rozsądne, ale podszedł do Znicza i wyciągnął w jego stronę rękę. Przez chwilę myślał, że piłka znowu ruszy i poprowadzi go dalej, najwyraźniej jednak doprowadziła go już do celu bo ani myślała drgnąć. Potter zacisnął na niej palce, a gdy tylko to zrobił, gdzieś za nim rozległ się kpiący śmiech.
          – Gratuluję, czyż aby właśnie twoja drużyna nie wygrała? – głos był męski, zimny i pewny siebie, Rogacz nigdy wcześniej go nie słyszał i czuł że nie chciałby go słyszeć. Odwrócił się i dostrzegł ciemną postać zbliżającą się powolnym krokiem, była zdecydowanie dalej niż wskazywałaby na to intensywność jej głosu. Zaraz za nią szedł ktoś jeszcze, ktoś drobniejszy i skulony jakby ze strachu. Potter właśnie zdał sobie sprawę, że mgła nie była tu taka gęsta, zerknął w górę, przecież dopiero co wpadł w drzewa nie zauważając ich... Wzdrygnął się, gdy dystans jaki dzielił go od zmierzających w jego stronę postaci momentalnie zmniejszył się do dosłownie kilku metrów. Mężczyzna który do niego przemawiał był ubrany w przenikliwie czarny płaszcz z peleryną i kapturem który właśnie ściągnął. Serce Jamesa zatrzymało się na chwilę.
          – Voldemort... – wyszeptał nie wierząc własnym oczom i uszom, naprawdę to powiedział?
          – We własnej osobie – uśmiechnął się, nie był to ciepły uśmiech – Właściwie ... Nigdy nie przepadałem za Quidditchem, mimo to kibicowałbym Slytherinowi, ale powiedzmy, że zrobiłem mały... Wyjątek – obszedł Pottera dookoła, a ten nie był w stanie nawet się poruszyć. Chłód jaki emanował od Sami-Wiecie-Kogo przeszył go na wskroś – James Potter – powiedział powoli – Zapewne pamiętasz pewną... Niezbyt przyjemną sytuację, niecałe dwa miesiące temu, Wrzeszcząca Chata – kiwnięciem palca sprawił, że kaptur postaci z jego 'obstawy' gwałtownie ściągnął się do tyłu. Była to Yvonne. Wzdrygnęła się i natychmiast wyprężyła jak struna. Twarz miała porcelanowo białą, chudszą niż ostatnio, a w oczach jej panował strach, chociaż minę miała zaciętą – Widzisz... Co nieco pokrzyżowałeś nam plany, jednak nie martw się, świstokliki to rzeczywiście przestarzała, niemodna metoda. Postawiłem teraz na coś bardziej... Oryginalnego – znowu się uśmiechnął przeszywając Pottera spojrzeniem swoim zimnych oczu – Dzięki tej jakże... Nieszczęsnej sytuacji, odkryłem również pewne braki w wykwalifikowaniu swoich sług... Nie potrafią po sobie sprzątać – pokręcił głową zakładając ręce z tyłu, Yvonne drgnęła spuszczając wzrok – Nawet nie chodzi o ciebie, ale żeby sowa, czy tez jakiś jastrząb, stanowił tak trudną przeszkodę do pokonania? Pewnie domyślasz się, że niezbyt lubimy się z twoim tatą... Wkraczając w szeregi aurorów postawił się po powiedzmy... Nie tej stronie po której bym go widział. Widzisz... W zupełności rozumiem, że chciałeś poskarżyć się tacie, chociaż... Nie, nie rozumiem, ale i tak wysłałeś tę przeklętą sowę, a mi zależało na czasie, Dumbledore był już wystarczającą przeszkodą – wymierzył w Pottera różdżkę, po chwili jednak jego twarz złagodniała, a dłoń opadła – Doceniam jednak, że byłeś oszczędny w słowach jeżeli chodzi o wyjaśnienia jakie złożyłeś dyrektorowi. To mnie skłoniło do... Dania ci drugiej szansy. No więc – znowu zaczął krążył wokół Jamesa – Słyszałem, że masz buntowniczy charakter, łamiesz regulamin, potrafisz zajść za skórę swoim wrogom, jesteś również zdolny, odważny, a przede wszystkim nie ufasz Albusowi, a i z Fleamontem też podobno niekoniecznie się dogadujesz – zatrzymał się twarz w twarz przed Potterem – Przydałbyś się w moich szeregach... Mógłbyś osiągnąć coś wielkiego, z pewnością większego niż wymyślenie jakiegoś głupiego eliksiru Ulisssanna – zasyczał i zaśmiał się szyderczo – To jak... Decydujesz się? Czy wolisz, na przykład... Śmierć? – dodał niewinnie, cofnął się dwa kroki i uniósł lekko różdżkę.
          James zamarł nie wierząc własnym uszom. Czy właśnie to wywróżył sobie w Noc Duchów? Był pewny swojej odpowiedzi, w życiu nie zgodziłby się na służbę w szeregach Voldemorta. Mimo swej pewności bał się, najzwyczajniej bał się śmierci. Miałby walczyć z tym potworem? Nie przeżyłby pewnie nawet dziesięciu sekund... Słowa uwięzły mu w gardle, spojrzał na Yvonne, również na niego patrzyła, a w jej oczach malowało się przerażenie równe jego przerażeniu.
          – Nigdy... – wyszeptał w końcu.
          – Nigdy – Voldemort powtórzył – Imponujące, chociaż mimo wszystko... Nigdy. A więc dobrze, nie martw się, nie będziesz miał więcej czasu by zastanowić się nad właściwością podjętej decyzji. Nigdy, znaczy nigdy – wymierzył w niego różdżkę – Avada...
          Pisk rozległ się po całym Zakazanym Lesie. To T-Rex skrzeczał przeraźliwie lecąc wprost na Czarnego Pana, wytrącił mu różdżkę z ręki i rzucił się na jego twarz z pazurami.
          – Przeklęte ptaszysko! – złapał za skrzydło sowy i cisnął nią w najbliższe drzewo – Yvonne! Masz szansę dokończyć co zaczęłaś! Wykończ go bo inaczej zginiesz razem z nim i z Potterem!
          – Nie! Expelliarmus! – James wycelował w Goldsting i pobiegł w stronę T-Rexa.
          – Crucio! – Voldemort już dzierżył swoją różdżkę i pochylał się nad torturowanym Potterem – Przez chwilę miałem nawet ochotę rzucić na ciebie Imperio byś sam mógł wykończyć swoją przeklętą sowę, ale co to by była za przyjemność gdybyś nie mógł później żyć z tą świadomością? I tak tu zginiesz, więc wystarczy, że będziesz się w męczarniach przyglądać jak umiera... Yvonne... Czyń swą powinność.
           Fala bólu jaka przeszywała Pottera była tak wielka, że był pewny iż nie ma już nic gorszego. Mylił się jednak. Voldemort pociągnął go za włosy i rozwarł mu oczy zmuszając go do patrzenia na T-Rexa. Sowa próbowała wstać by pomóc swojemu właścicielowi, jednak jej ciało tylko drżało z wysiłku, a ze ślepi płynęły łzy. Zielone światło zaklęcia dotarło do niej w jakby zwolnionym tempie, a może to tylko efekt jaki powstał w umyśle Jamesa? Gdy ją przeszyło opadła miękko na ściółkę i tylko wzrok miała utkwiony w Potterze, chociaż coś się w nim zmieniło, nie było to już to samo spojrzenie które towarzyszyło jej za życia.
          Voldemort zwolnił zaklęcie Crucio i rozkoszował się patrząc na krzyczącego i wijącego się Gryfona. Właściwie to był nawet zadowolony z obrotu spraw, nie zyskał nowego poplecznika, a twarz rozdartą miał przez pazury sowy, ale wszystko to wynagradzał mu widok jaki właśnie miał przed sobą.
          Potter ścisnął swoją różdżkę w dłoni. Ból rozdzierał go od środka, mimo wielu ran nie był to jednak ból fizyczny. Czuł, że wolałby umrzeć, zapewne i tak zaraz to nastąpi, więc co miał do stracenia?
          – Expulso! – rzucił niespodziewanie w stronę Voldemorta, a następie wystrzelił czerwoną racę, licząc że ktoś ją dostrzeże i chociaż zabierze jego ciało. Kolejnym co zobaczył była ciemność.