Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 października 2016

14 Rozdział 'Szlaban w Nieskończoność, Nauczyciel Dwa w Jednym i Zaginione Wiadomości'

          Mroźne powietrze stało nieruchomo jakby pod wpływem temperatury całkowicie zamarzło. Pogoda była nader irytująca, huncwoci nawet zastanawiali się czy przypadkiem nie była zaczarowana. Od tygodnia z nieba nie spadł nawet jeden płatek śniegu, chociaż nad Hogwartem krążyły ciężkie chmury przysłaniające słońce. Wiatr również ucichł, jak na złość nie przesypując zasp w te i z powrotem. Przy tych nieprzychylnych okolicznościach ich szlaban trwał w najlepsze i wcale nie zapowiadało się na polepszenie sytuacji. Szczątki wysadzonych sani były dosłownie wszędzie, nie mówiąc już o resztkach rac które mimo że magiczne, wcale nie chciały się same posprzątać. Gdyby chociaż spadł mały śnieżek, albo hulający wiatr przykryłby ten cały bałagan, może wtedy ktoś by się zlitował nad chłopcami i albo pozwolił im na użycie różdżek, albo chociaż odwlekł resztę szlabanu do roztopów. Niestety nic takiego nie miało miejsca i od tygodnia James wraz z Syriuszem, zaraz po zajęciach, pod czujnym okiem woźnego oraz profesora OPCM-u, własnymi rękoma zbierali wszelkie szczątki Sylwestrowej zabawy do worków ciągniętych na małych, niemagicznych sankach. Brodzili w zaspach po pachy, rozdzieleni, jeden po jednej stronie zamku, drugi zawsze po przeciwległej, dzień w dzień, i tak do śmierci... (Przynajmniej tak im się wtedy wydawało).
          Potter przykucnął w śniegu i sięgnął po fragment prawej burty roztrzaskanych sań. Westchnął ciężko zrezygnowany, bardzo dobrze znał ten kawałek drewna i to nie bynajmniej przez fakt, że kurczowo się go trzymał gdy gnali jak szaleni rozwożąc fajerwerki. Tak się składa, że zbierał go już dwa dni temu, jak i również pierwszego dnia szlabanu... Ktoś był na tyle złośliwy, że część zebranych przez nich odpadków umieszczał z powrotem w śniegu, tak żeby ich kara rzeczywiście trwała wiecznie... Ciężko powiedzieć czy robił to profesor Evanescunt, będący ostatnio w wyśmienitym humorze Filch, czy ktoś inny. Gdy chłopcy zorientowali się w sytuacji i zgłosili skargę zakończyło się na tym, że tamtego dnia musieli sprzątać nawet po kolacji.
          James zerknął w stronę nucącego pod nosem Filcha, który w swoich rakietach śnieżnych brodził w zaspie nieopodal wraz ze swoją kotką owiniętą wokół jego szyi. Dziś to on go pilnował. Z Evanescuntem zamieniali się codziennie i chociaż ich zajęcie musiało być jeszcze bardziej nudne i żmudne, obaj tryskali świetnym humorem.
          Korzystając z chwili nieuwagi woźnego, James wyciągnął z kieszeni lusterko dwukierunkowe i wyszeptał do niego imię Syriusza. Był już znudzony i przemarznięty do granic możliwości, nie wyobrażał sobie że mógłby wytrzymać tu chociaż jeszcze chwilę dłużej.
          W lusterku pojawiła się poczerwieniała od mrozu twarz Blacka, uśmiechnął się on smutno i wskazał na lewitującego za nim Evanescunta, który rozpostarty w wygodnym fotelu popijał herbatę z czarnej, przyjemnie parującej filiżanki. W drugiej ręce trzymał książkę, a różdżka spokojnie spoczywała mu na kolanach. W ciągu pierwszych dni James był nawet pod wrażeniem zaklęć którymi popisywał się przed nimi profesor Igitur. Potrafił on utrzymać w powietrzu fotel przez całe popołudnie i wolno posuwał się on na nim śledząc jego, czy też Syriusza, bez kiwnięcia nawet różdżką czy też szeptania jakichkolwiek zaklęć. Podziw ten jednak minął szybko zastąpiony wściekłością i poirytowaniem.
          - Pije już piątą herbatę i ani razu nie poleciał siku... - poskarżył się Black, na co Potter parsknął niemym śmiechem.
          - Nie guzdrać się! - warknął Filch - Nie będę tu siedział z tobą do wiosny! - rzucił, chociaż zamiast złości na jego ustach gościł uśmieszek.
          James chcąc nie chcąc pożegnał się z Syriuszem kiwnięciem głowy i schował lusterko wracając do pracy. Miał ochotę przywalić temu natrętnemu woźnemu śnieżką, ale byłoby to zdecydowanie zbyt jawne zagranie by nie obyło się bez dodatkowego szlabanu, a jak na razie, miał naprawdę szczere chęci by być posłusznym jak aniołek tylko po to by ta tyrania w końcu się skończyła. Co jak co, ale ten rok zaczynał się i zapowiadał naprawdę fatalnie...

* * *

          - Morelowe fistaszki - ledwo poznał swój własny głos. Całe popołudnie spędził w bibliotece nie odzywając się do nikogo, nic dziwnego że zachrypł. Nosił się z zamiarem rozmowy z dyrektorem już od dłuższego czasu, ale dopiero dziś zebrał na to całą swoją odwagę. Rozumiał, że Dumbledore wlepił szlaban chłopakom, chociaż rzeczywiście nie specjalnie wysadzili sanie, a przecież głównie o to się rozchodziło... Jednak zasłużyli sobie na niego chociażby przemyceniem Ognistej w sprefabrykowanych butelkach, co dla wielu dzieciaków nie skończyło się najlepiej, a o czym kadra nie wiedziała, przynajmniej oficjalnie. Szlaban jednak niesprawiedliwie się wydłużał, ktoś rzeczywiście rozkładał po błoniach zebrane już przez chłopców odpadki, a oni wycieńczeni, wieczorem, nie mięli nawet siły na marudzenie, co w przypadku huncwotów było bardzo niepokojące. Zbliżał się kolejny mecz, test u Kettleburna, pełnia... Coś trzeba było z tym zrobić.
          Remus odchrząknął nim przekroczył ostatnie stopnie schodów do kwatery Dumbledore'a i wygładził wierzchnią szatę. Wydawało mu się, że ma przygotowaną całą wypowiedź, ta jednak wyparowała mu z głowy gdy tylko zobaczył postać dyrektora. Stał on przy oknie, tyłem do Lupina. Nie odwrócił się, chociaż Remus był pewny, że Albus dobrze wie, że nie jest już w swoim gabinecie sam. Miał splecione z tyłu ręce, a pomiędzy nimi zwinięty pergamin z przełamanym lakiem, o ile dobrze Remus widział, wybita pieczęć pochodziła ze Szpitala Św. Munga.
          - Witaj Remusie, podejdź - Luniak przywitał się i posłusznie podszedł do okna. Było w nim widać Syriusza który właśnie poprawiał przewrócone sanki. Gardło Lupina się ścisnęło, czyżby dyrektor czytał mu w myślach i wiedział dokładnie z jaką sprawą przyszedł?
          - Chłopcy tak szybko uprzątali nasze piękne błonia, że musiałem im trochę bardziej nabałaganić by odczuli ciężar szlabanu - uśmiechnął się dyrektor.
          - Och... - wydusił z siebie Remus, a więc chociaż jedna kwestia się wyjaśniła... - Ja właśnie w tej sprawie... Zbliża się mecz Quidditcha, obaj są w drużynie, a James jest na dodatek kapitanem i w poniedziałek mamy testy ze smoków u profesora Kettleburna... - A zaraz po nich pełnia, dodał w myślach - Tak się zastanawiałem, czy może...
          - Też uważam, że już im wystarczy - odparł dyrektor, westchnął ciężko i odszedł od okna kierując się do swojego biurka - Powiedz mi Remusie, czy James dostał od Gwiazdki jakiś list od rodziców?
          Luniak ledwo zdążył odetchnąć po niespodziewanym sukcesie, gdy dyrektor znowu zbił go z tropu. Było w tonie jego głosu coś niepokojącego, coś co sprawiło, że skulił się z nieprzyjemnym przeczuciem, a jego oczy znowu powędrowały do listu który przed chwilą trzymał Dumbledore, a teraz spoczywał przed nim na biurku.
          - Chyba nie... Przynajmniej nie byłem tego świadkiem, a James nic nie mówił... - dopiero teraz zdał sobie sprawę, że co roku Rogacz dostawał od rodziców życzenia Noworoczne, w tym roku jednak nie przypominał sobie takiej sytuacji - Czy coś się stało?
          - Oczywiście, niepokoją mnie ostatnie problemy w sowiej poczcie, tyle listów nie dociera do swoich adresatów... - odparł wymijająco i sięgnął po fajkę nabitą tęczowym tytoniem który na początku roku huncwoci zwinęli wprost z jego szuflady - Proszę cię żebyś przekazał Jamesowi by po kolacji stawił się w szopie z saniami. Nie wspominaj jednak o listach, nie chcę by niepotrzebnie się niepokoił - dodał uśmiechając się lekko.
          - Przekażę - Remusa niesamowicie kusiło by zapytać o szczegóły, nie miał jednak tyle odwagi. Wpatrywał się ze ściśniętym gardłem w tęczowe obłoki ganiające się pod sufitem i gdy już zebrał się w sobie by coś wydusić, odezwał się dyrektor.
          - Tymczasem, myślę że możesz chłopcom obwieścić radosną nowinę, ich szlaban właśnie dobiegł końca - uśmiechnął się szeroko i znowu ruszył do okna - No już, już! Chyba nie chcemy go przedłużać, czyż nie?
          - Och, oczywiście, już pędzę... Do widzenia - rzucił Lupin i po chwili zniknął za drzwiami.

* * *

          Nie tylko James z Syriuszem, czy też nawet sam Remus, odczuwali nieprzyjemne uroki szlabanu. Równie źle te okoliczności wpływały na Petera, który cały swój wolny czas w Hogwarcie spędzał zawsze u boku któregoś z huncwotów. Najczęściej był to Łapa i Rogacz, Luniak natomiast zbyt często odwiedzał bibliotekę i zdecydowanie zbyt dużo się uczył by teraz Glizdogon mógł zapełnić czasową pustkę tylko nim... Owszem, chłopacy często dostawali szlabany, ale nigdy nie zajmowały one im całego popołudnia i to dzień w dzień, a Peter i tak był najbardziej zadowolony, gdy i jemu dostawał się szlaban. Czuł się wtedy huncwotem bardziej niż zwykle.
          Żałował więc, że nie udało mu się nic wymyślić, by święta spędzić w Hogwarcie i wspólnie z chłopakami urządzić Sylwestra. Musieli się tu tak genialnie bawić... No i dostałbym z nimi szlaban, a wszyscy w szkole mówili by tylko o NASZEJ świetnej imprezie Sylwestrowej... 
          Stało się jednak inaczej, a Peter popołudnia spędzał zwykle sam w pokoju, gdy już widok biblioteki, a nawet samych drzwi do niej wywoływał u niego napady paniki. Nudziło mu się niezmiernie, tak że nawet rysować już mu się nie chciało, a najlepszą rozrywką wydawało mu się spanie.
          Tego dnia sen jednak nie chciał do niego przyjść, aż Pettigrew zaczął nawet nabierać obaw, że przez ostatni tydzień przedawkował spanie i nigdy już nie uśnie. Zerwał się na równe nogi i zaczął krążyć po pokoju. Kusiło go by bezkarnie pogrzebać w rzeczach chłopaków. Jedynie Remusa mógł się spodziewać do kolacji, on jednak pewnie siedział w bibliotece... Po chwili wahania wyciągnął z szuflady Jamesa niedokończoną Mapę Huncwotów i delikatnie rozwinął papier. Zagryzając wargę powędrował wzrokiem do miejsca, gdzie przy stoliku w bibliotece zawsze siedział Luniak, ku swemu zaskoczeniu, nie dojrzał tam imienia i nazwiska swojego przyjaciela. Rozszerzył oczy ze zdziwienia i lekkiego przestrachu, że Luniak zaraz tu wpadnie i przyłapie go na... No właśnie, na czym? Przecież to była ich wspólna mapa, Mapa Huncowtów, Peter też był huncowtem, miał takie samo prawo... A mimo wszystko często prześladowało go to dziwne uczucie, że jest z nimi, ale trochę obok nich... Pokręcił głową odganiając nieprzyjemne myśli i odetchnął głęboko. Skoro Remus nie był w tej nudnej bibliotece to postanowił go poszukać i mu potowarzyszyć. Oczywiście mapa nie obejmowała jeszcze całego zamku, ale była szansa, że go na niej odnajdzie, a przynajmniej zawęzi mu pole poszukiwań.
          Nim jednak zdążył odnaleźć na mapie maszerujące w stronę gabinetu dyrektora stopy Remusa, jego uwagę przykuł inny gabinet. Profesora Igitura Evanescunta. A w nim: sam profesor, Mortimer Avery, Blake Mulciber, Evan Rosier, Severus Snape, Regulus Black i kilku innych uczniów, niektórych kojarzył, niektórych nie.
          - Profesor Igitur? - zapiszczał sam do siebie zdziwiony - Przecież on pilnuje dziś Syriusza!
          Natychmiast podszedł do okna, jednak dziś żaden z chłopaków nie był w zasięgu jego wzroku. Ruszył biegiem do pokoju wspólnego by może tam zerknąć. Dopiero w połowie schodów zdał sobie sprawę, że ściska w rękach Mapę Huncwotów. Natychmiast zawrócił wyobrażając sobie, jak Remus przyłapuje go na tej wpadce. Po chwili znowu zbiegał po schodach, tym razem z wolnymi rękoma, jednak z tak samo mocno bijącym sercem. Dopatrzył grupkę dziewczyn sterczących przy parapecie. Oby był tam właśnie Syriusz! Gryfonki niby w rękach trzymały pootwierane książki, ale wszyscy dobrze wiedzieli, że wcale się nie uczyły, a bezkarnie wgapiały się w chłopaków i chichotały... Nawet po tygodniu im to się nie znudziło! A oni przecież tam tylko zbierali kawałki porozwalanego drewna! Petera już pierwszego dnia zaczęło to strasznie denerwować i już nawet nie przez fakt, że był trochę zazdrosny powodzeniem Syriusza i Jamesa i nie raz wyobrażał sobie, jak to on tkwi tam w dole w śniegu, a z tego okna zerkają na niego te same dziewczyny, a później puffff... Jego wyobraźnia przytaczała mu obraz jak te właśnie dziewczyny uciekają bo zdają sobie sprawę, że to on, a nie Syriusz... Bardziej jednak irytował go fakt, że gdy był właśnie z którymś z chłopaków, wszyscy traktowali go z pewnego rodzaju respektem, a od tygodnia stał się niemal niewidzialny...
          - Ał! Uważaj! - pisnęła jedna z dziewczyn, gdy próbujący wyjrzeć pomiędzy rozchichotanymi Gryfonkami Peter, przez przypadek nadepnął jej na stopę. Dla niego jednak liczył się w tej chwili tylko fakt, że Syriusza dalej pilnuje nie kto inny, a profesor Evanescunt...
          Pobiegł do pokoju, jeszcze raz sprawdził mapę i całkowicie zdezorientowany postanowił zejść w okolice gabinetu Igitura by chociaż podsłuchać przez drzwi czy mapa rzeczywiście nie kłamie. Zrezygnował z Peleryny Niewidki Jamesa, sam nie czuł się pod nią tak bezpiecznie jak z którymś z chłopaków. Wiedział również, że nie odważy się osobiście wejść nawet na korytarz przy gabinecie profesora z obawy, że rzesza ślizgonów nagle na niego wypełznie, nie mówiąc już o samym Evanescuncie... Postawił więc na schronienie się w postaci szczura. Przecież gdyby zamienił się w niego na tym samym piętrze, nie miałby problemu by ukryć się w którymś zakamarku w okolicy gabinetu...
          Wybiegł z pokoju, podniecony że zbada tak ważną sprawę samodzielnie i będzie mógł pochwalić się rezultatami chłopakom, gdy do jego uszu dotarła niezbyt przyjemna rozmowa.
          - ... i ubrudził mi buta! Brudas!
          - A kto to w ogóle był?
          - No ten, Piter, czy jakoś tak. Przylepa Syriusza i Jamesa... 
          - Ach ten... Nie mam pojęcia dlaczego oni się z nim trzymają, ale to chociaż wyjaśnia dlaczego tak się pchał do okna, stęsknił się za widokiem Syriusza!
          Salwa śmiechu zatrzymała Glizdogona na schodach. Policzki mu poczerwieniały, a w żołądku się zagotowało. Nie miał odwagi by wkroczyć teraz do Pokoju Wspólnego. Zacisnął pięści i już miał odwrócić się na pięcie i zniknąć w bezpiecznych czterech ścianach sypialni, gdy pod wpływem chwili przemienił się w szczura i ruszył w dół, biegnąć wprost do przejścia za portretem Grubej Damy, zamieniając salwę śmiechu w salwę pisków i krzyków.

* * *

          - ... A tak w ogóle! Peter - James dźgnął go palcem i pochylając się w jego stronę zapytał - Słyszałem, że w naszym dormitorium grasują szczury. Podobno jakiś narobił dziewczynom strachu i teraz mamy dostać strażnika w postaci kotki Norris - razem z Syriuszem zachichotali - Coś ci o tym wiadomo?
          - Nie zwariowałem do tego stopnia by biegać tak po szkole w ciągu dnia... - wyszeptał Glizdogon rumieniąc się przy tym prawie tak mocno jak tosty które właśnie jadł na kolację.
          - No ja myślę! - odparł Syriusz nakładając sobie kolejną porcję serdelków. Wiadomość o skończonym szlabanie wprawiła ich w iście dobre nastroje - Co nie zmienia faktu, że twoja rodzinka postanowiła cię chyba odwiedzić, chyba wyczuła że się strasznie bez nas nudzisz.
          - Och, mało to szczurów w Hogwarcie? Dajcie mu spokój - wtrącił Lupin - James, pamiętaj gdzie masz pójść po kolacji.
          - Jasne, jasne - rzucił Potter i zabrał się za kolejną kanapkę ze... wszystkim co znalazł na stole. Zerknął jeszcze raz na Petera, później na Lupina. Obydwu dziś nie poznawał. Tak jakby wcale nie cieszyli się, że ich kumplom skończył się szlaban... Peter, który zawsze bacznie ich obserwował i śmiał się nawet z ich najmniejszego żartu, był dziś jakiś zamyślony, nieobecny i jeszcze bardziej speszony niż zwykle. Remus natomiast był strasznie poważny, spięty i ciągle mu przypominał o tym spotkaniu z Dumbledorem. Owszem James, też dziwił się dlaczego został wezwany sam, ale być może dyrektor chce zrobić mu i Syriuszowi oddzielne pouczenie i najzwyczajniej Blacka wezwie jutro? Miał tysiące takich wyjaśnień i właściwie się tym nie przejmował, a jego ciekawość w tej kwestii była bliska zeru. Czując, że nic nie wyciągnie od tej smętnej dziś dwójki, a i nie wciągnie ani kanapki więcej, postanowił załatwić tą tak absorbującą Remusa sprawę - Idę - Rzucił i wstał od stołu chwytając obok leżący płaszcz i szalik.
          Drzwi szopy zaskrzypiały przeciągle. W środku paliło się ciepłe światło i gdyby nie temperatura która była tak daleko poniżej zera wydawać by się mogło, że jest tu nawet przytulnie. Przed samymi drzwiami leżała potężna sterta odłamków które codziennie zwozili tu James z Syriuszem, a obok nich, na starym bujanym fotelu siedział Dumbledore. Na widok Pottera wstał, splótł ręce z tyłu i pokiwał głową.
          - To były wiekowe sanie... - zaczął.
          - Cóż, wszystko ma swój koniec - po chwili namysłu odparł Rogacz.
          Dyrektor przeszył go swym głębokim spojrzeniem, smutnym spojrzeniem.
          - Niestety, to prawda - dodał po dłuższej chwili. Wyciągnął różdżkę, zakręcił nią koło i szepcząc coś pod nosem rzucił zaklęcie. Momentalnie sterta odłamków zaczęła wirować, każdy kawałek szukał swego sąsiada, fragment innego fragmentu i po chwili stały przed nimi całe sanie, bez najmniejszej rysy. James patrzył na to z szeroko otwartymi oczyma, nie ukrywając zachwytu, chociaż musiał przyznać, że nie prędko najdzie go ochota na wypożyczenie tych właśnie sani jeszcze raz.
          - Dla nich to jeszcze nie koniec, szkoda że nie wszystko da się naprawić jednym ruchem różdżki. Czekają nas różne doświadczenia, oby zakończyły się równie pomyślnie jak to. James, bynajmniej nie wezwałem cię tu przez wzgląd na te sanie czy też sam szlaban.
          Potter utkwił swe spojrzenie w twarzy dyrektora.
          - Dostałem dziś list od twojego ojca. Próbował się on z tobą kilkukrotnie skontaktować, jednak wszystkie sowy jakie wysyłał nie wracały, a brak odpowiedzi z twojej strony wskazuje, że listy nie trafiały do adresata, czyż tak?
          - Chyba... Chyba tak... Nie dostałem od rodziców nic od świąt - odparł czując zimno rozlewające się po całym jego ciele.
          - Tak myślałem... Zaistniała sprawa nie cierpiąca zwłoki, James. Twój ojciec wysłał mi list ze Świętego Munga. Niestety nie był to jego wybór, czy też próba skontaktowania się z tobą poprzez kogoś innego. Skorzystał z tej okazji, ponieważ jest tam od wczoraj u boku twej matki, niestety jej stan nie jest najlepszy. Chciał byś do nich dołączył, dlatego, proszę, chwyć mnie teraz za ramię.
          Rogacz wpatrywał się pustym spojrzeniem w dyrektora i nie zastanawiając się po co właściwie to robi, położył swą dłoń na ramieniu Dumbledore'a, a świat zawirował.

niedziela, 24 lipca 2016

13 Rozdział 'Latające Sanie, Ognista Lemoniada i Mokre Fajerwerki'

          Bekon był dziś wyjątkowo chrupiący, taki jaki Łapa lubił najbardziej. Sięgnął po kolejny kawałek, bez skrupułów stawiając sobie cały talerz tego smakołyku przed sobą.
          - Chyba skrzaty się wkurzyły, spaliły cały bekon - mruknął zaspany James uśmiechając się pod nosem kątem ust i nalewając sobie gorącego kakao.
          - Jak wkurzone robią najlepszy bekon na świecie to będę okradał im spiżarnię codziennie - odparł Black oblizując sobie palce z szerokim uśmiechem.
          Dziś wieczorem miała odbyć się największa impreza jaką widział Hogwart. Był bowiem Sylwester. Na tę uroczystość huncwoci przez pół nocy wynosili ze spiżarni szkoły najlepsze smakołyki chomikując je w pokoju wspólnym gryfonów.
          Potter wyciągnął z kieszeni pomięty plan terenu Hogwartu ze szczegółowym rozmieszczeniem fajerwerków. Widząc kątem oka śliniącego się i rozmarzonego Blacka wpatrującego się w jakiś konkretny punkt westchnął ciężko i odłożył nadgryzionego tosta na talerz. Bez skrępowania zajrzał sobie przez ramie i z lekko poirytowaną miną odwrócił się z powrotem.
          - Serio? Zadziwiające, że akurat z Bones ci tak odbija… Jak Remus o tym usłyszy… - nałożył sobie porządną łyżkę powideł śliwkowych na tost i wrócił do jedzenia – Chociaż mam pewną teorię. To przez chwilowy niedobór dziewczyn w Hogwarcie. Jak dziś zjedzie się ten cały babilon z powrotem to wszystko wróci do normy.
          - Bez szans – odparł Syriusz ciągle lampiąc się na Amelię – Zakochałem się.
          James prychnął kręcąc głową, tyle razy słyszał to z ust Łapy…
          - Prychaj sobie ile wlezie. Mi chcesz doradzać, a sam w gównie po uszy siedzisz – dodał Syriusz zerkając pospiesznie w stronę przyjaciela. Był ciekaw jego reakcji. Już dawno chciał poruszyć temat Marleny, Potter jednak unikał tych rejonów rozmowy jak prac domowych z Historii Magii.
          - W jakim gównie, nie wiem o czym mówisz. Miłość to dla ciebie gówno? Związek? Właśnie w to chcesz się wpakować – stwierdził James mówiąc pospiesznie i bez większego namysłu, nałożył sobie kolejną porcję tostów i powideł, zgrabnie unikając wzroku Blacka.
          - Miłość? – Łapa prychnął śmiechem – Wkręcać możesz Marlenę, ale nie mnie – uniósł dumnie głowę – Wiesz, ja do niej nic nie mam, fajna dziewczyna, tylko… Kto inny siedzi ci w głowie, a już na pewno w serduchu, o ile w ogóle takie masz.
          Zapanowała długa chwila milczenia. James przeżuwał tost z miną pozbawioną jakichkolwiek emocji, ze wzrokiem wbitym w powidła spływające powoli z łyżeczki na stół. Syriusz natomiast wpatrywał się z wielkim skupieniem w przyjaciela analizując każde jego drgnięcie i wyczytując w ten sposób wszystko czego chciał się dowiedzieć. Odłożył chrupiący kawałek bekonu z powrotem na talerz i wsparł łokcie na stole.
          - James, bo ja się serio zaczynam o ciebie martwić. Wiem, że ostatnio było do dupy i za wszelką cenę chcesz pokazać wszystkim, a przede wszystkich chyba sobie, że jest już dobrze i wszystko jest jak dawniej, ale kurczę… Masz mnie, Remusa, Petera, po co ci jakiś wyimaginowany związek? Jak potrzebujesz kogoś do przytulania na pocieszenie to chodź tu do mnie! – rozłożył ręce i wyciągnął się przez stół wywracając przy okazji talerz z babeczkami – No chyba, że chodzi o całusy, to już nie u mnie, ale myślę że Peter by na to poszedł, jak nie to zostaje ci miotła. Poza tym stary, sorry, ale naprawdę tak łatwo poddajesz się z Lily? Raz dała ci kosza i już zwijasz chorągwie i uciekasz do innej żeby przypadkiem nikt nie zauważył że ci zależało i nie pykło? To nie James którego znam ja – na koniec swojego wywodu zagryzł boczkiem z porządnym mlaśnięciem i rozparł się dumny na ławce.
          James westchnął i odsunął od siebie talerz. Apetyt zwiał mu razem z babeczką która strącona z talerza przez Syriusza sturlała się na podłogę. Poprawił sobie okulary na nosie zastanawiając się co powinien odpowiedzieć. Wiedział, że Black miał rację. Z Marleną było mu dobrze, ale jeżeli miał już coś, cokolwiek, do niej czuć, była to tylko i wyłącznie przyjaźń. Wspierała go w trudnym dla niego czasie, rozweselała go, miała równie nierówno pod sufitem co on i świetnie całowała, ale rzeczywiście jego myśli ciągle wracały do Rudej. To do niej uciekał mu znudzony wzrok na lekcjach, to przy niej napinał się jak struna i robił z siebie idiotę tylko po to żeby na niego spojrzała, to jej szukał na trybunach podczas meczu i to ona śniła mu się najczęściej, a jej śmiech, chociażby z oddali zawsze wyginał i jego usta do góry.
          - Nigdy nie powiedziałem, że zrezygnowałem z Lily – stwierdził w końcu, gdy cisza pomiędzy nimi była już tak ciężka, że oczy Blacka wyczekujące reakcji przyjaciela prawie wyszły z orbit – Po prostu wiesz… Będąc w związku z Marleną chciałem jej pokazać jakim to mogę być super chłopakiem, no i oczywiście chciałem wywołać w niej zazdrość, żeby zdała sobie sprawę co przeleciało jej koło nosa. Zobaczysz, jak rozstanę się z Marleną to Lily wpadnie w me rozpostarte ramiona bez chwili zawahania – odparł w końcu zmyślając na bieżąco, aż był zaskoczony jak sensownie to brzmiało.
          Black zmarszczył brwi i splótł ręce na piersi. Przez chwilę zastanawiał się w skupieniu, aż w końcu jego usta wygięły się w pełnym podziwu uśmiechu.
          - Genialne!
* * *
          Droga do chatki Hagrida była porządnie wydeptana przez samego gajowego, ale zaspy dookoła niej momentami sięgały huncwotom po czubki głów. Większość czarodziejów poruszała się na zewnątrz na miotłach bo przedarcie się przez nawały śniegu jakie ciągle powiększały się nocami było nader męczące, a czasami wręcz niemożliwe.
          - Och, Amelia, jak tam kociaki? – spytał jakże rzewnie zainteresowany Black posyłając jej przy okazji jeden ze swych zawadiackich uśmiechów.
          - Ślepia już pootwierały – odpowiedział za nią uradowany Hagrid – Wchodźta do chatki, dopiero co wodę nastawiłem.
          - Może innym razem – James złapał Blacka za ramię widząc jak ten na widok krukonki całkowicie zapomniał o tym po co tu właściwie przyszli i na propozycję gajowego ruszył do środka – Mamy sprawę, czy moglibyśmy pożyczyć jedne z tych sani co ostatnio woziły uczniów do Hogsmeade? Wiesz, Sylwester, duża impreza, zakupy i te sprawy – James uśmiechnął się szeroko.
          - Och… Myślę… A czemu nie. Tylko uważajta mi na nie i odstawta na miejsce, do szopy, zaraz po zakupach. Tylko wieta, to już wiekowe sanie, czasami trzeba do nich trochu cierpliwości, powtórzyć zaklęcie czy coś…
          Po krótkiej instrukcji jak uruchomić takie cudeńko (a żeby to zrobić trzeba było stuknąć w nie różdżką trzy razy i powiedzieć gdzie mają się udać) chłopcy ruszyli do Hogsmeade, wprost do sklepu Zonka. Tam rzucili na ladę sakiewkę z pieniędzmi żądając wszystkich fajerwerków jakie były na stanie. Po krótkich negocjacjach sanie zostały napełnione po brzegi.
          - Tylko pamiętajcie, wszystkie są zaczarowane tak żeby równo o dwunastej w nocy wystrzelić. Żebym przypadkiem nie usłyszał później, że któremuś rękę urwało, albo, że ktoś Hogwart wysadził, bo powiem, że okradliście mi magazyn, zrozumiano?
          James wyprostował się jak struna i położył sobie dłoń na sercu przyrzekając na honor, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku. Sprzedawca tylko potrząsnął sakiewką i puścił im oko wracając do sklepu.
          - Dobrej zabawy – rzucił jeszcze przez ramię nim zniknął.
          Huncwoci zabrali się za rozstawianie fajerwerek po całym terytorium Hogwartu, wszystko dokładnie z planem narysowanym przez Jamesa, który to rozszyfrować potrafił tylko on sam. Syriusz zaufał mu w stu procentach. Potter był dobry w taktyce. Od kiedy został kapitanem drużyny Qudditcha, Black przywykł, że widzi przyjaciela zdumiewająco często nad pergaminem, bazgrzącego piórem jakieś zdumiewające gryzmoły. Przydałoby mu się trochę talentu rysowniczego Petera, może wtedy to co wymyślał James byłoby dla wszystkich jaśniejsze. Na treningach kończyło się na tym, że nikt nie patrzył na obwieszoną rysunkami tablicę, a wszystkie oczy skierowane były na samego kapitana który wręcz pokazując wszystko namacalnie, latając po całej szatni na miotle, tłumaczył wszystkim o co mu właściwie chodziło.
          - Dobra… - Rogacz podrapał się po brodzie z konsternacją – Zostało nam trochę nadprogramowych fajerwerek, proponuję zagęścić rozstawienie przy jeziorze.
          - Tak jest, kapitanie – Syriusz rozsiadł się na saniach i stuknął trzykrotnie różdżką w poręcz – Jezioro!
          Sunęli w milczeniu, trochę poirytowani prędkością z jaką poruszały się sanie. Black ziewnął przeciągle wspierając głowę na dłoni.
          - Kiedyś kupię sobie motocykl… I na pewno nie będzie się tak wlekł jak ta kupa drewna…
          - Może dałoby się… Trochę przyspieszyć?
          - Przyspieszyć mówisz… - Syriusz zakręcił różdżką między palcami kilkukrotnie i po chwili zastanowienia stuknął nią w sanie – Szybciej!
          Sanie jednak nawet nie drgnęły, sunęły dalej swym żółwim tempem pokonując kolejne zaspy.
          - Nic z tego… Pędź jak błyskawica! – stuknął kolejny raz – Eh… Możemy tak zgadywać w nieskończoność, trzeba się było Hagrida za…
          Sanie szarpnęły raz, a następnie zerwały się jak głupie i z prędkością najnowszego Nimbusa zaczęły pruć przez błonia, zostawiając za sobą tumany wzburzonego śniegu i wrzask chłopaków, którzy ledwo co się na nich trzymali.
          - Stop! Zatrzymać się! – krzyczał Black stukając różdżką – Nie działają! – w pewnym momencie, gdy sanie przebiły się przez ogromną zaspę obaj zamilkli. I owszem, była to cisza przed burzą, ogromną burzą.
          Nie mieli chwili żeby się zastanowić, wszystko działo się zbyt szybko. Sanie wjechały z przerażającą prędkością na klif nad jeziorem i z ogromnym impetem wystrzeliły w powietrze wprost na zasypane, zamarznięte jezioro. Mogłoby się wydawać, że przy uderzeniu w taflę lodu rozsypią się one w kawałeczki, tak więc huncwoci wyskoczyli z nich w trakcie lotu, licząc że będzie to mniej bolesne rozwiązanie. Sanie jednak ani myślały się rozbijać, zamiast tego przetorowały sobie drogę roztrzaskując lód i znikając w mgnieniu oka pod wodą. Zaspy sprawiły, że gryfoni nie zamienili się w krwawą miazgę, a tylko z impetem przywitali się z jeziorem. Przebity lód zaczął jednak pękać, a do brzegu wcale nie było tak blisko. Syriusz przemienił się w psa i chwytając przyjaciela za kaptur pociągnął go po lodzie który zaczął się pod nimi załamywać. Była to chyba najdłuższa droga w całym ich życiu. Brzeg wydawał się oddalać zamiast przybliżać, a trzask pękającego lodu wypełniał im głowy. I chociaż pomiędzy śniegiem, a śniegiem różnicy nie było, gdy tylko dotarli na brzeg, ucałowali go jakby była to ziemia obiecana za którą tak bardzo tęsknili.
          - Nie powiemy nic Hagridowi, co nie? – wysapał Łapa przyglądając się jak kolejne kry, pod ciężarem śniegu, znikają pod wodą.
* * *
          Emm trzymała w dłoniach zaproszenie na Sylwester huncwotów do Hogwartu i z wielkim trudem powstrzymywała się by nie zerknąć do niego jeszcze raz. Pluło ono za każdym razem ogromnymi ilościami brokatu, więc jej pokój cały był już usiany tymi drobinkami.
          To dziś! W końcu! Wyczekiwała tego wieczoru od chwili gdy tylko ich przedział został zasypany zaproszeniami. Na gwiazdkę dostała piękną granatową sukienkę z cekinami, która właśnie leżała na jej łóżku gotowa na tą wyjątkową okazję. Przy niej maska nad której zrobieniem spędziła trzy długie wieczory, bowiem huncwoci zażyczyli sobie by każdy jakąś posiadał, miało być bardziej tajemniczo i magicznie.
          Padła na wielki fotel stojący zaraz przy dużym oknie, z którego miała widok na rozświetlony ogródek sąsiadów i z ciężkim sercem odłożyła zaproszenie. Zamiast niego sięgnęła jednak po zdjęcie z Hogwartu, które razem z gryfonami ze swojego rocznika zrobili na zakończenie czwartej klasy. Jej wzrok utkwił w rozczochranych ciemnych włosach i w szelmowskim uśmiechu. Patrząc na niego słyszała jego śmiech, ten sam który rozbrzmiał w trakcie robienia zdjęcia. Uśmiechnęła się szeroko i przytuliła zdjęcie do piersi, rozmarzona zamykając oczy.
* * *
          Filch gładził głowę swojej kotki i mlaskał pod nosem ciche przekleństwa. Spoglądał przez okno na dziedziniec gdzie po popołudniowym pociągu zaczęli schodzić się uczniowie.
          - Przeklęci huncwoci…
          Nie dość, że musiał użerać się z nimi przez całe święta to jeszcze umyślili sobie naspraszać te wszystkie rozpieszczone bachory na Sylwestra! Nieposkromiony spokój świąt i nieskazitelną biel puchu pokrywającego błonia zburzyły dwie wielkie kupy w postaci Blacka i Pottera! Nawet zimę potrafili zepsuć! Jakby sama ich obecność nie była już wystarczająco odrażająca! Na dodatek zjeździli całą okolicę zamku saniami i wszędzie powtykali te sztuczne ognie od, tfu, Zonka! Najchętniej to te fajerwerki powsadzałby im w tyłki! Rozpuszczone bachory! A co się stało z jeziorem? Pewnie ci przeklęci srunfoci testowali sztuczne ognie strzelając w nie z klifu! To tam doprowadziły go ślady. A może używali zakazanych zaklęć?! Och, jaka szkoda, że ich nie przyłapał na gorącym uczynku! Za coś takiego Dumbledore z pewnością pozwoliłby mu powiesić ich za kostki w lochach na całą noc Sylwestrową!
          I jeszcze ten głupi Hagrid… Pożyczył im sanie! Szkolne sanie! A teraz nigdzie ich nie ma! O tak, Filch sprawdził każdy zakamarek… Był pewny, że huncwoci coś knuli… Ale on obróci te ich niecne plany w niwecz!  Przyłapie ich na gorącym uczynku, a wtedy…
          Pani Norris wrzasnęła i zjeżyła sierść wyrywając Filcha z jego marzycielskiego świata.
          - Wybacz kochaniutka… Wyobrażałem sobie jak wykręcam im karki – podrapał ją za uchem i westchnął ciężko.
          Zszedł na dół i natychmiast zaczął marudzić. Śnieg… Wszędzie śnieg! Cała posadzka zaniesiona przez te niewychowane dzieciaki!
          - Buty! – wrzasnął na nowo wchodzących – Wytrzepywać buty na dworze! Wy tam! Wracać się na zewnątrz!
          Pani Norris wdrapała mu się na ramię i zajęła na nim wygodne miejsce oplatając szyję Filcha ogonem. Było jej tam zdecydowanie wygodniej i cieplej niż na zamarzniętej posadzce pełnej śniegu. Rozsiadła się zadowolona i zaczęła mruczeć. Wiedziała, że jej pan chociaż wściekły i zrzędliwy, w końcu był w swoim żywiole i robił to co lubił najbardziej.
* * *
          Ponieważ na Sylwestra zaproszeni byli również krukoni i puchoni (no raczej nikt nie spodziewał się obecności ślizgonów) impreza miała odbyć się w wieży astronomicznej, skąd rozpościerał się również idealny widok na pokaz fajerwerek.
          Huncwoci rozstawili na stołach jedzenie, które wcześniej zakosili z kuchni, co zdenerwowane skrzaty skwitowały nerwowym zerkaniem zza winkla, kremowe piwo oraz ognistą whisky, której zmienili kolor na zielony i przykleili nalepki radośnie głoszące iż jest to jedynie jabłkowa lemoniada.
Cała wieża przystrojona była w kolorowe serpentyny, po części cukrowe, balony i najdziwniejsze maski jakie huncwoci zdołali zdobyć, chociażby u Zonka. Wszystko było ubżdżone brokatem z plujących zaproszeń huncwotów co by zachować jednolitość, a pomiędzy dwoma wyjściami na okalający wieżę balkon ustawiony był ogromny, stary gramofon który znaleźli w jednej z opuszczonych sal.
          - Turniej trójmagiczny? – spytał zaciekawiony Black, gdy McGonagal zaczęła im opowiadać, że tego gramofonu używano w trakcie Bali Bożonarodzeniowych przy okazji tychże turniejów.
          - Otóż pierwszy turniej odbył się jakieś siedemset lat temu, jako przyjacielskie współzawodnictwo trzech największych w Europie szkół magii i czarodziejstwa: Hogwartu, Beauxbatons i Durmstrangu. Każda szkoła wybierała swojego reprezentanta, a owych trzech reprezentantów rywalizowało między sobą w trzech magicznych zadaniach. Turniej odbywał się co pięć lat, po kolei w każdej szkole, i w powszechnej opinii był znakomitą˛ okazją do zadzierzgnięcia trwałych więzi między młodymi czarownicami i czarodziejami różnych narodowości. Niestety, ofiar śmiertelnych było tyle, że w końcu zaprzestano organizować turnieje.*
          - Powinni go reaktywować – stwierdził James, gdy już razem ze wszystkimi huncwotami szykowali się do balu w swoim pokoju.
          - Quidditch też jest niebezpieczny i jakoś nikt go nie wycofał…
          - Peter, wypluj te słowa!
          - Wyobraźcie sobie ile sławy i chwały nas omija – zaczął swój wywód Black – Żadna dziewczyna by mi się nie oparła gdybym wygrał! Nie mówię, żeby któraś mi się opierała, ale…
          - Łapa zakochał się w Ameli Bones – wtrącił James widząc zmieszanie przyjaciela.
          - Tej Ameli Bones? – zdziwił się Remus.
          - Tej samej! Została na święta w Hogwarcie, okociła się jej kotka u Hagrida i jak Syriusz kotów nienawidzi tak teraz biega do nich po trzy razy dziennie!
          Tylko Łapa nie śmiał się w tej chwili więc postanowił przerwać to pełne braku poszanowania zachowanie chłopaków.
          - A James zrywa dziś z Marleną!
          - Co robi? – zakrztusił się Lupin.
          - Nie powiedziałem, że dziś! – zaparł się Potter czując nieprzyjemny ucisk w żołądku.
          - Będzie walczył o Rudą – Black triumfalnie rozsiadł się na łóżku mierząc Rogacza zwycięskim spojrzeniem.
          - Lily? Przecież wy się ciągle kłócicie – tylko Peter był zdziwiony.
          - Kto się czubi ten się lubi.
          - Oj daj spokój Łapa – James się zniecierpliwił – Proponuję napić się i wychodzić, stroicie się dłużej niż dziewczyny – przerwał wyciągając z pod łóżka lemoniadę.
* * *
          Dziewczyny okupowały właśnie tacę z ptysiami, jednym z nielicznych dań, które w ogóle pasowały do okoliczności. Tosty? Kanapki z twarożkiem? Pasta jajeczna?
          - Wyjątkowo śniadaniowe to menu… - Mary rozejrzała się po stole i sięgnęła po kolejnego ptysia stwierdzając, że trzeba korzystać póki jeszcze się nie rozeszły.
          - Bo impreza będzie do białego rana! – wtrąciła pełna entuzjazmu Dorcas i z zaciekawieniem podeszła do jednej z masek, które porozwieszali huncwoci. Gdy tylko do niej się zbliżyła, wystrzelił z niej ogromny zielony jęzor i obślinił jej pół policzka nim zdarzyła odskoczyć.
          - Tfu! Obrzydlistwo! – zjeżyła się przy akompaniamencie śmiechu dziewczyn, gwaru imprezy i głośnej muzyki z gramofonu – A ja się zastanawiałam skąd je wytrzasnęli!
          - Od Zonka! – odpowiedziały zgodnie chórem.
          - Lily, prześliczny masz ten wisiorek, od rodziców na święta? – stwierdziła po chwili Emm.           Evans automatycznie sięgnęła do szyi oplatając palce cienkim srebrnym łańcuszkiem ze srebrną zawieszką w kształcie rozkwitniętej lilii.
          - Och… Nie, to od Pottera – odparła sięgając pospiesznie po kolejnego ptysia.
          - Od Jamesa? – wypaliła odrobinę za głośno Emmelina.
          Tak samo zdezorientowana była Lily gdy otwierała paczkę. Właściwie to nie znalazła od razu łańcuszka, a Złoty Znicz, który po jej dotknięciu otworzył się ukazując to srebrne cudo które miała właśnie na szyi. Nie miała pojęcia jakim cudem udało się zdobyć nietknięty Znicz Jamesowi i jak ‘spakował’ w nim wisiorek. Dziwnym trafem w paczce znajdowały się również jej ulubione czekoladki z Miodowego Królestwa. Jej ulubione! To musiał być przypadek, skąd Potter miały wiedzieć… Spodziewała się czegoś w stylu rudych, gryzących skarpet, czekoladek podwajających piegi, zakładki do książki, która gdy się nie patrzyło przeskakiwała pomiędzy inne strony albo chociażby niepozornie wyglądającego atramentu, który jak się później okazywało znikał po kilku godzinach z pergaminu przez co Lily w pierwszej klasie dostała nawet trolla z Historii Magii, gdy, jak stwierdził profesor Binns, oddała pustą kartkę z testem. Takie oto prezenty dostawała od Jamesa i takiego spodziewała się w tym roku. Obawiając się, że wisiorek coś jej wywinie, założyła go zaraz po świętach, by przekonać się o tym jeszcze w domu. Do tej pory nie wydarzyło się jednak nic nadzwyczajnego. Opowiedziała o tym wszystkim pokrótce swoim przyjaciółkom, czerwieniąc się przy tym bardziej niż krwistoczerwona szminka Mary.
          - O cholercia… A podobno Marlena dostała od niego ramkę na zdjęcia w której wszystkim osobom na fotografiach pojawiają się wąsy…
          Lily nagle zamarła. Wytrzeszczyła oczy i złapała się za głowę.
          - Na Merlina! – zapiszczała – A jak to pomyłka?! – pochyliła się jeszcze bardziej w stronę dziewczyn, krzycząc szeptem, o ile w ogóle jest to możliwe – Jak mój prezent to prezent Marleny, a Marleny…
          - Daj spokój! Dałby wisiorek w kształcie lilii Marlenie? Lilia dla Lily, to bajecznie proste i pewne… – odparła Mary, chociaż nie mogła ukryć nutki niepewności w głosie.
          - Muszę go natychmiast zdjąć! – sięgnęła pospiesznie do zapięcia, jednak ani drgnęło – Zacięło się! Dorcas pomóż!
          - Idą! – pisnęła Emm – James idzie!
          Lily pociągnęła Dorcas za rękę i skryły się na balkonie. Meadowes zaczęła majstrować przy szyi Evans, jednak zapięcia ani myślało puścić, jak zaczarowane…
          - Nic z tego… Ktoś przy tym majstrował…
          - Na Merlina! Wiedziałam, że Potter musi zawsze dodać swoje trzy knuty! Spróbuj różdżką!
          - Nie zdejmowałaś go? – zdziwiła się Emm, trzęsąc się z zimna i emocji. Obserwowała zaklęciowe zmagania przyjaciółki, jednak żadna próba nie przyniosła oczekiwanego rezultatu.
          - Nie przyszło mi to do głowy…
          - Tu jesteście! – Syriusz wpadł na balkon przyprawiając wszystkie cztery gryfonki o zawał serca. Na twarzy miał maskę w kształcie czarnego, psiego pyska. Za nim wszedł James, z prostą, ciemną maską na okularach, na czole jednak nie dało się nie zauważyć wielkiego guza którego nabił mu Czerwony Kapturek. Po wszystkich barwach tęczy, jakie przybierał podczas tych kilku dni, dziś był intensywnie fioletowy.
          - A tobie co się znowu stało? – Dorcas nie powstrzymała się przed obmacaniem guza na jego głowie z nadzwyczajnie dużym zainteresowaniem.
          - Broniłem Hogwartu przed atakiem olbrzymów, gdyby nie ja…
          Meadowes przerwała mu parsknięciem. Podpierała się pod boki dalej przyglądając się głowie Pottera, chociaż teraz zależało jej już tylko na tym by przesłonić mu widok na Lily.
          - Hah! A zauważyłyście? – ożywił się Black – Ja, Łapa, więc mam maskę psa, pies ma łapy, czaicie? A James to Rogacz, więc urósł mu róg – zaśmiał się, na co zawtórowały mu dziewczyny, przedłużając salwę śmiechu ile tylko się dało. Evans próbowała skryć jakoś łańcuszek w burzy rudych włosów, ale chyba jedynym sposobem na skuteczne ukrycie go byłoby włożenie golfa. Gdy śmiechy powoli ustały, a atmosfera zaczęła gęstnieć z niezręczności, to Mary przejęła inicjatywę.
          - Straszny ziąb, James, przyniesiesz nam coś na rozgrzanie?
          - Jasne – i bez chwili wahania zniknął za drzwiami.
          - Właśnie, co wy tak bez płaszczy… - zaczął Black, ale Mcdonald natychmiast przystawiła mu uciszający palec do ust.
          - Jaki prezent dał James Lily?
          Syriusz zmarszczył brwi ze zdziwieniem, przeskakując swoim spojrzeniem z Mary na Rudą i z powrotem.
          - Mnie się pytasz? Przecież Evans jest tutaj…
          - Głuptasie! Czy Potter dał jej wisiorek? Ten wisiorek? – przyciągnęła do siebie Lily, z pomiędzy której loków wysunęła się srebrna lilia.
          Black zaśmiał się nagle rozumiejąc.
          - Nie możecie go zdjąć, co? Postarał się skubany, co nie?
          Evans naprężyła się jak struna.
          - Czyli… On był dla mnie?
          - No a dla kogo?
          Nie doczekał się odpowiedzi, bo w drzwiach balkonowych znowu pojawił się Potter. Przyniósł koc, lemoniadę i kompot.
          - Lemoniada i kompot? – Dorcas nie kryła zdziwienia – I to ma nas rozgrzać? Nawet ciepłą herbatką bym nie pogardziła…
          - Nie marudź tylko pij.
* * *
          Wystarczyło jedno spojrzenie na gramofon by przypomniał sobie o Turnieju Trójmagicznym. Co takiego powiedział wcześniej? Żadna dziewczyna by mu się wtedy nie oparła? Zdecydowanie nie potrzebował do tego chwały zwycięstwa, wszystkie panny lgnęły do niego i bez tego. Obracał właśnie na parkiecie brunetki, szatynki, blondynki... Aż mieniło mu się w oczach od tych wszystkich spojrzeń i uśmiechów. Wypatrywał jednak ciągle tych jednych oczu, które chciał dziś zobaczyć. Oczu Amelii Bones. Zabawa trwała już w najlepsze, a jej ciągle nie było... Za którą maską się ukryłaś? Zadawał sobie to pytanie raz po raz, jednak wiedział, że poznałby ją przecież nawet jakby założyła sobie wiadro na głowę!
          Poirytowany jej nieobecnością zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem z nim i z Potterem oby wszystko jest w porządku... Najpierw Lily daje kosza Jamesowi, teraz...
          I wtedy ją zobaczył. Ubrała się w trochę dziwną sukienkę z golfem, a minę miała jakby szła na ścięcie. Syriusz nie mógł ukryć, że był trochę zawiedziony. Cały ten czas wyobrażał sobie, że Amelia przyjdzie na ten bal przemieniona jak Kopciuszek, albo brzydkie kaczątko przetransformowane w łabędzia... Chyba liczył trochę, że z nieśmiałej, zamkniętej w swoim świecie kujonki zamieni ją przy swoim boku w duszę towarzystwa, tymczasem wyglądała jakby miała co najmniej ochotę transmutować się w krzesło, albo najzwyczajniej zapaść się pod ziemię. To był świat w którym on czuł się najlepiej, chciał by i jej się on spodobał. Musiał się jej spodobać.
          - Amelia! - wyrwał się z parkietu i w paru susach był już przy niej - Już myślałem, że nie przyjdziesz! - rzucił co skwitowała tylko nieśmiałym uśmiechem - Zatańczysz?
          - Och, nie, nie... Nie lubię tańczyć - odrzuciła kilka niesfornych kosmyków do tyłu. Właściwie to po prostu nigdy nie tańczyła, nie miała pojęcia czy to lubi czy nie, nie chciała się zbłaźnić, nie przy Syriuszu.
          - Oł... Cóż, może później dasz się namówić - posłał jej trochę wymuszony, szelmowski uśmiech - To może coś się napijemy?
          - Chętnie - odparła, chociaż też z lekkim zawahaniem.
          Black sięgnął po piwo kremowe, jednak po chwili niepewności jego ręka chwyciła lemoniadę. Bones przejęła od niego butelkę i przyłożyła do ust. Czuła się wystarczająco skrępowana, wszystkie dziewczyny na nią zerkały, nie przywykła do bycia w centrum zainteresowania, a bycie w towarzystwie Syriusza niestety nie dawało jej komfortu bycia poza tą sferą. Przechyliła butelkę mając ochotę się w niej schować i pociągnęła łyk który natychmiast zrobił w tył zwrot. Zapluła Syriusza całą zawartością swych ust, a jakby tego było mało upuściła 'lemoniadę' trafiając prosto w stopę Blacka.
* * *
          Jak nie ciężko było się domyśleć, na Sylwestra w Hogwarcie przybyły tłumy. James za wszelką cenę starał się to wykorzystywać, stawiając sobie za cel by wszędzie było go pełno. Właściwie to powód takiego zachowania był jeden. Marlena. Nie mógł zaprzeczyć, że wyglądała dziś pięknie, bo by skłamał. Miała czarną koronkową sukienkę, a do tego taką samą, maskę na oczy, którą zalotnie przytrzymywała sobie przy twarzy, raz po raz odsłaniając długie rzęsy okalające jej niesamowicie piękne oczy. Pachniała dziś intensywnie wiatrem, o ile można w ogóle nim pachnieć, ale z niczym innym nie mógł sobie skojarzyć jej zapachu James. Ciągle posyłała mu ciepłe uśmiechy i śmiała się z jego nawet najbardziej kiczowatego żartu. Szukał w głowie jakiegokolwiek pretekstu, jakiejś jej wady, punktu zaczepienia na którym mógłby oprzeć argumenty dlaczego nie może z nią być. Pojawiała mu się tylko jedna odpowiedź: bo nie jest Lily Evans.
          Miał do siebie pretensje, że w ogóle dał się w to wplątać. Marlena była naprawdę świetną dziewczyną, coś ich łączyło i chociaż nie była to miłość, przynajmniej z jego strony, nie chciał jej ranić. Powinien postawić sprawę jasno już na samym początku, albo najzwyczajniej nie angażować się jak to miał w zwyczaju robić do tej pory. Teraz cała ta sytuacja była po prostu do chrzanu, a on koniecznie musiał jakoś z niej wybrnąć…
          - James… - z rozmyślań wyrwał go powód całego tego zamieszania, Lily Evans.
          - Hę? – burknął coś nieudolnie. Właśnie… Tego mu brakowało przy Marlenie. Nagłego ogłupienia na jej widok.
          - Nie mięliśmy okazji porozmawiać na osobności, a wiesz… Mam pewien mały problem…
          - Och, wisiorek… - uśmiechnął się od ucha do ucha – Ładnie ci w nim.
          - James – kontynuowała lekko wkurzonym tonem zaplatając sobie ręce na piersi – Naprawdę doceniam twój gest… Mogłoby się wydawać, że po tym jak ostatnio darliśmy ze sobą koty nie zasłużyłam sobie na prezent od ciebie, ale czuję, że ma to głębszy podtekst… Chcesz mnie w ten sposób ukarać, tak? A może nawet udusić bo tak mnie nienawidzisz?
          - Udusić? – obruszył się – Bo cię nienawidzę?
          - No, Potter! A jakbym nim gdzieś zaczepiła?! Zawiesiła się na nim?! Przecież tego nie da się zdjąć! – szarpnęła za łańcuszek z czystym przerażeniem w oczach.
          - Lily, daj spokój – zaśmiał się – Zerwałby się, to całkowicie nieszkodliwa magia. Chyba nie myślisz, że mógłbym ci dać coś takiego…
          - A kto cię tam wie! – tym razem to ona się obruszyła – A może ja wcale nie chcę nosić wisiorka od ciebie? Masz go odczarować – dodała dobitnie.
          - Nie podoba ci się? – James obdarzył ją najsmutniejszym spojrzeniem jakie był w stanie z siebie wykrzesać.
          - To nie ma w tej chwili żadnego znaczenia!
          - Lily – na jego twarz powróciła pewna siebie mina – Jesteś najmądrzejszą czarownicą jaką znam, jestem pewny, że sama poradzisz sobie z tym zaklęciem – odparł, poklepał ją nieporadnie po ramieniu i wyminął ją ładując się niechcący wprost w ramiona Marleny.
          - Chodź – szepnęła mu do ucha i pociągnęła go na balkon gdzie powoli zbierali się wszyscy uczniowie. Zbliżała się godzina dwunasta, a co za tym idzie Nowy Rok i pokaz fajerwerków. Zerknął pospiesznie na zegarek nie wierząc, że ten czas minął tak szybko. Następnie jego spojrzenie skierowało się na Evans, taksującą go spojrzeniem swoich hipnotyzujących zielonych oczu. Nie było to wściekłe spojrzenie, ale z pewnością też nie takie jakie chciałby zobaczyć u niej witając Nowy Rok. Wpatrując się w nią nie usłyszał nawet odliczania i pierwszych wystrzałów fajerwerek. Gapił się tak obserwując cały ten pokaz w odbiciu jej oczu, chociaż ona już dawno odwróciła swoje spojrzenie kierując je w niebo. Istna salwa kolorowych świateł układających się w przeróżne obrazy.
          - James! – dopiero za trzecim razem dotarł do niego krzyk Marleny – Szczęśliwego Nowego Roku! – uśmiechnęła się smutno – Oby był lepszy od tego! A następny, żebyś mógł przywitać z kimś, na kim naprawdę ci zależy – dodała kiwnięciem głowy wskazując na Evans i składając na jego policzku ostatni pocałunek.
          - Co… - zaczął, ale nim zdążył zastanowić się nad tym co przed chwilą się stało do jego uszu doszedł potężny wybuch znad jeziora. Jego tafla zaświeciła się różnymi kolorami, po czym rozległ się kolejny huk, a za nim kolejny wysadzający lód na jeziorze w powietrze. Wielki krater wystrzelił jak uśpiony wulkan wypluwając z wnętrza hektolitry wody, kolorowe ognie oraz kawałki lodu i sani. 'Bryza' dotarła nawet do wieży astronomicznej, a światła fajerwerek odbijając się w niesionych z falą uderzenia kroplach stworzyły stokroć lepszy pokaz iluminacji niż całe widowisko do tej pory.
          - Ups? – odparł Rogacz na zaskoczone i przerażone spojrzenia utkwione w jego osobie i Syriusza.

*Dumbledore o Turnieju Trójmagicznym ‘Harry Potter i Czara Ognia’

niedziela, 24 kwietnia 2016

12 Rozdział 'Czerwone Kapturki i Prezenty'

          Przejście w garbie jednookiej wiedźmy z którego skorzystali James i Syriusz prowadziło do piwnicy w Miodowym Królestwie. Chłopcy po cichu wyszli wąskim oknem na zewnątrz, z trudem powstrzymując się by chociaż na chwilkę nie zerknąć na górę. Było już po dwunastej, sklep od dawna był zamknięty, więc i tak nie mogliby nic kupić, zresztą, nie mieli przy sobie nawet drobniaków, a chociaż pewnie nikt nie zauważyłby zjedzonych kilku czekoladek - ich sumienie, chociaż trochę wypaczone, nie pozwalało im na nawet taką małą kradzież.
          Było kilka kwestii których nie przemyśleli wybierając się na poszukiwania do Zakazanego Lasu. Po pierwsze: ubrani byli zdecydowanie nie na wyjście w mroźną, zimową noc. Po drugie: od pamiętnego meczu na Hogwart i okolice spadły tumany śniegu. Cóż, jakkolwiekby na to nie patrzeć, szanse że odnajdą Złoty Znicz graniczyły z cudem.
          - Myślę, że jak to zwykle z nami bywa, nasza decyzja była zbyt pochopna - rzekł poważnym tonem Łapa, otrzepując swoje spodnie od pidżamy w kolorowe miotły i zerkając w stronę, dwa razy mroczniej wyglądającego w nocy, Zakazanego Lasu.
          James prychnął unosząc dumnie głowę do góry i zarzucając sobie i przyjacielowi na ramiona pelerynę niewidkę. Byli teraz dwoma lewitującymi głowami zostawiającymi dwie pary śladów na śniegu pomimo braku stóp.
          - Z naszych najbardziej pochopnych decyzji wykluwają się najlepsze przygody, nie marudź i do dzieła!
          - Czy ja marudzę? Pragnę tylko zauważyć, że zapomnieliśmy wziąć jednej małej rzeczy nim wyruszymy, a która z pewnością rozwiązałaby nasze wszystkie problemy: buteleczki Ognistej! Po kilku głębszych i nasze szanse powodzenia by wzrosły i zrobiłoby się zdecydowanie cieplej.
* * *
          Nie trzeba było czekać długo, aż zapał z jakim wyruszyli z zamku wróci się biegiem do ciepłych murów zostawiając ich samych pośród mroków zimowego, Zakazanego Lasu.
          Łapa skorzystał ze swoich animagicznych zdolności i przemienił się w psa o czarnej, potarganej sierści. Nieraz spędził tu noc, towarzysząc Remusowi podczas przemian. W tej postaci czuł się tu zdecydowanie pewniej i bezpieczniej. Poza tym, sierść dużo lepiej chroniła przed zimnem niż pidżama i peleryna niewidka Jamesa.
          - Wyniuchałbyś coś... Od czego masz ten psi nochal - marudził Rogacz, dygocząc zębami i ściskając w rękawie różdżkę. Od czasu do czasu kusił się na zaklęcie przywołujące, jednak, jak nie trudno się domyślić, nie przyniosło ono żądanych efektów za żadnym razem.
          Urażony Black podbiegł do Pottera, powąchał go i padł na grzbiet jak martwy, wywalając jęzor. James prychną urażony, chociaż uśmiechnął się pod nosem. Też już zaczynał się niecierpliwić. Z jednej strony miał ochotę wskoczyć w skórę jelenia i wrócić do Hogwartu, z drugiej natomiast: nie lubił niepowodzeń i nie chciał się poddać. Gdy już sobie coś postanowi, uprze się, to nie ma przebacz: Potter chce, Potter ma.
          Zniecierpliwiony jeszcze raz uniósł różdżkę do góry.
          - Accio Znicz! - już nawet wyobraził sobie złotą piłkę lecącą w jego stronę. Niestety, wizja ta żyła tylko w jego myślach - Lumos - mruknął i obkręcił się dookoła szukając pomiędzy drzewami złotego błysku. Ten pomysł też był bez sensu, jeżeli znicz w ogóle był dalej w lesie to spoczywał pod śniegiem... Zmarszczył brwi poirytowany i już miał odwrócić się i ruszyć do zamku, gdy jakiś ciemny kształt mignął pomiędzy drzewami. Zgasił zaklęcie, a serce podskoczyło mu do gardła. Chciał ostrzec Blaka, ale nim zdążył się odwrócić coś uderzyło go pod kolanami zwalając go z nóg. Runął w śnieg jak długi, a zawtórował mu skowyt Łapy.
          - Ha! Ta głowa ma nogi! Smaczna głowa! Smaczne nogi! Zabić!- odezwał się czyjś głos, a zaraz później James jeszcze raz czymś oberwał, tym razem po głowie.
          - Ał! - adrenalina zaczęła działać, więc przed kolejnym ciosem zdołał się osłonić. Kierowany instynktem zerwał się ze śniegu i rzucił w atakującego zaklęcie rozbrajające.
          - Zabić! - z rąk dziwnego, goblinowatego stwora stojącego przed nim, w powietrze wystrzeliła drewniana pałka. Drugi, taki sam stwór rozbijał się pomiędzy drzewami, uczepiony ogona Blacka.
          - Zabić! - na horyzoncie pojawił się kolejny stworek z pałką w ręku. Zza drzew wyszedł następny, za nim kolejny i kolejny...
          - Łapa, w nogi! - Rogacz ruszył biegiem w stronę zamku, kilka pałek poleciało w jego kierunku na co odpowiedział salwą zaklęć. Dosłownie chwilę później zamiast chłopaka z ciemną czupryną, biegł już jeleń. Kopniakiem z kopyta pozbył się natręta uczepionego ogona Syriusza. Za sobą słyszeli okrzyki wojenne z powplatanym 'Zabić!' które mało kogo napawałoby optymizmem. Nie zatrzymali się dopóki nie opuścili Zakazanego Lasu. Tam w biegu wrócili do swoich postaci, a że najbliżej znajdowała się Chatka Hagrida i to w dodatku rozświetlona w środku, nie minęła nawet chwila a już kołotali do drzwi.
          - Cholibka! Co tu się wyczynia? - dało się usłyszeć zza wrót nim te ustąpiły. Mimo iż był środek nocy Hagrid wyglądał jakby był dopiero co po popołudniowej herbatce, z pełną gamą kolorowych okruchów po ciasteczka na brodzie.
          James z Syriuszem wpadli zziajani do środka nie pytając o pozwolenie gospodarza. Potter rzucił zwiniętą pelerynę niewidkę która w trakcie biegu zaplątała mu się w poroże i padł na krzesło. Zaklął niezbyt ładnie i już miał brać się za barwną opowieść gdy zobaczył, że nie są z Hagridem sami.
          - Fajne spodnie... - cichy damski głosik przerwał milczenie chłopców. Black automatycznie zerknął w dół. Rzeczywiście w pidżamowych spodniach w kolorowe miotły musiał prezentować się niezwykle gustownie...
          - Amelia? Ty? Tu? O tej porze? - przeczesał dłonią włosy. Amelia Bones była chyba ostatnią osobą której spodziewałby się poza zamkiem w środku nocy, ba, poza dormitorium! Była jeszcze większym kujonem od Lily i Remusa razem wziętych, a wierzcie lub nie, ciężko było to osiągnąć. Jakby tego było mało: panna Bones była po prostu sztywniarą, nie chodziła na imprezy, przyjaźniła się jedynie z książkami i swoją kotką, nawet pomimo swego kujoństwa i perfekcjonizmu na lekcji odzywała się tylko pytana, a o tym że z czegoś by sobie żartowała, krążą jedynie legendy.
          - Moja kotka rodzi... - odparła rumieniąc się i odwracając głowę w stronę kominka przed którym rzeczywiście leżała jej pupilka, a przy niej kilka małych kłębków.
          - W grudniu? - palnął zdziwiony James.
          - Cholibka! Czyśta się pobili? Skąd ten guz?
          Hagrid przyniósł z zewnątrz potężną garść śniegu, owinął ją w jakąś szmatkę, stuknął swoją parasolką i podał Potterowi który obmacywał właśnie nowe zjawisko na swoim czole. Gdy tylko przyłożył sobie okład, parsknął śmiechem pokazując palcem na tyłek Blacka.
          - Chyba ci te gobliny trochę... Futra wydarły - zaszedł się śmiechem, a Łapa z przerażeniem zauważył, że rzeczywiście na jego pośladku świeci wielka dziura odsłaniająca jeszcze bardziej wstydliwą część jego ubioru (jakby spodnie w kolorowe miotły nie były już wystarczająco obciachowe), a mianowicie, majtki w jednorożce (nie pytajcie skąd...).
          - Kie gobliny?! Dzieśta byli?!
          - Żadne gobliny tylko Czerwone Kapturki - warknął obrażony Black piorunując Jamesa spojrzeniem - Ktoś tu słabo uważał na lekcjach...
          Potter przekręcił oczami i dosiadł się do Amelii, szeptem przekazując by nie słuchała bredzącego Łapy.
          - Ano... Ostatnio kręco się po Zakazanym Lesie... Dziwne rzeczy się tam dzieją... - Hagrid pokiwał głową - Ale po grzybaśta tam w ogóle szli?
          - Na spacer...
          - Do Zakazanego Lasu? Nocą? W śpiochach? - gajowy wsparł się pod boki i pokręcił głową.
          Huncwoci zbyli go niewinnymi spojrzeniami. Z opresji uratowała ich jedyna kobieta w tym towarzystwie.
          - Jeszcze jeden! - krzyknęła uradowana Amelia. Wszystkie spojrzenia skierowały się do kojca przed kominkiem.
          Obślizgłe kluski... - skwitował w myślach Black z lekkim obrzydzeniem na twarzy. Nie przepadał za kotami, jak to z psami bywa. Jego uwagę przykuł jednak inny widok. Spojrzał na pannę Bones i oczom swym nie wierzył. Uśmiechała się, cholibka, uśmiechała się i był to piękny uśmiech. Nigdy jej takiej nie widział. Zawsze w jej twarzy było coś surowego i smutnego, nawet gdy jej usta wyginały się o góry, nigdy nie cieszyła się szczerze. Tym razem było to coś innego, radowały się jej niebieskie oczy, rumiane policzki, nawet jej nos się radował.
          - Amelia, wpadniesz do nas w Sylwestra, co? Robimy wielką imprezę - rzucił bez większego namysłu. Przecież to największa sztywniara na świecie... Czy ona w ogóle wie co to Sylwester?
          - Ja? - zająknęła się. Dobrze, że rumieniec który wypłynął na jej twarz mogła zgonić na płonący w kominku ogień. Huncowci zapraszają ją na imprezę? Black zaprasza ją na imprezę? Ją? Już sam fakt, że w ogóle pamięta jak ma na imię było cudem, a tu...
          - Ohm... Właściwie to miałam już pewne plany... - zgarnęła włosy za ucho.
          - Plany? Nie ma lepszych planów na Sylwester niż impreza u nas, przyjdziesz, bez gadania. Obświętujemy te wszystkie... Kotki nowonarodzone - Łapa usiadł na krzesło i sięgnął po jedno z tych niejadalnych ciastek Hagrida.
          - No dobra dzieciaki... Właściwie to się świetnie składa chłopaki, że jesteśta. Odprowadzicie bezpiecznie Amelię do dormitorium, co? Pora najwyższa iść spać. Pani Mrau potrzebuje trochę spokoju...
          - Pani Mrau? - Potter spojrzał z ukosa na kotkę. Kuksaniec od Blacka powstrzymał go jednak od dalszych komentarzy.
          Drogę do zamku przebyli biegiem. Syriusz jak najęty próbował zagadać Amelię i wyciągnąć z niej coś więcej niż 'Dlaczego nie zarzucicie na siebie peleryny? W pidżamach nie jest wam raczej za ciepło...' co chłopcy skomentowali 'Nową metodą wspierania odporności i świetnym treningiem przed ciężkimi warunkami podczas meczu Quidditcha'.
          - Tylko wiesz... Ma to zostać między nami. Jak wasza drużyna dowie się o naszych tajnych metodach to wiem gdzie cię znaleźć - Syriusz puścił jej oczko, a James z trudem powstrzymał się od prychnięcia. Szczerze wątpił by Amelia była w stanie powiedzieć komukolwiek, cokolwiek.
* * *
           Lily wygładziła przed lustrem rękawy swojej granatowej sukienki i odgarnęła rude loki na plecy. Uśmiechnęła się smutno do swojego oblicza. Wracając do domu na święta miała nadzieję, nadzieję która kiełkowała w jej sercu przy każdym powrocie. Czy Petunia w końcu zaakceptuję ją, taką jaka jest? Pragnęła odwzajemnionego uśmiechu, chociaż jednego, małego gestu... Ona jednak skutecznie dawała jej odczuć, że to co między nimi kiedyś było, raz na zawsze się skończyło.
          Usiadła na łóżku, obok sukienki którą przed chwilą zmieniła na inną, sukienki oblanej świątecznym barszczem 'przypadkiem' przez Petunię. Słyszała śmiechy i gwar rozmów na dole, ale nie spieszyła się z powrotem do gości.
          Czasami zazdrościła rodzinom gdzie magia była przekazywana z pokolenia na pokolenie, tak jak to było chociażby u Potterów, czy Blacków. Pochodząc z niemagicznej rodziny z jednej strony czuła, że zyskała wielki dar, z drugiej zaś kosztowało ją to miłość jej siostry... Gdyby obydwie były czarownicami wtedy wszystko byłoby inaczej... Gdyby u Lily nigdy nie pojawiły się te niezwykłe zdolności, wtedy wszystko byłoby jak dawniej... Ze łzami w oczach spojrzała w okno. Śnieg sypał powoli, mieniąc się w kolorowych światełkach rozwieszonych na drzewkach i domach. Tak bardzo pragnęła beztroskich świąt, takich jak w dzieciństwie...
          Jakby na jej życzenie w oknie pojawił się jastrząb.
          - Szponek? - Evans podskoczyła do okna ocierając policzki. Uchyliła okiennicę by wpuścić go do środka, ten jednak pokręcił głową, zaskrzeczał i wskazał na balkon. Ruda wychyliła się przez okno i otworzyła usta ze zdumienia. Pod jej oknem leżał potężny stos prezentów. Z pewnością w trakcie kolacji wigilijnej musiało odwiedzić ją kilka sów, całkowicie zapomniała o pozostawieniu uchylonego okna jak to miała w zwyczaju robić co rok.
          - O jejku! Dziękuję! - pogładziła go po łepku na którym spoczywała przywiązana czerwona czapeczka z białym bimbołkiem. Wyszła na balkon i zniosła wszystkie prezenty. Dopiero wtedy, zaraz za nią, wleciał Szponek i rzucił jej pod nogi czerwony worek z którym przyleciał. Dostał od Jamesa rozporządzenie kogo ma odwiedzić, ale paczkę każdy musiał wyciągnąć sobie sam. Lily zerknęła do środka. Od razu było widać, że to robota Pottera... Prezenty były poobkładane w plakaty najlepszych drużyn Quidditcha, przewiązane cukrową, samoplątającą się tasiemką od Zonka. Nie dość, że rozpakowanie z niej prezentu było robotą na co najmniej pół godziny, to jeszcze taśmy splątały się między sobą... Po kilku dobrych minutach szamotaniny i licznych niezbyt zgrabnych słówkach rzuconych pod adresem Jamesa w końcu wydostała swoją paczkę.
          - Nie było tak źle - skwitowała na koniec uśmiechając się do Szponka, ale z samym otwarciem prezentu postanowiła poczekać do jutra. Jastrząb zamachał skrzydłami, chwycił w dziób worek i wyleciał przez okno.
          - Lily! Wszystko w porządku? - usłyszała głos swojej mamy ze schodów.
          - Już schodzę! - odparła, zgarnęła prezenty pod łóżko i zbiegła na dół, zostawiając lekko uchylone okno, połączenie ze światem który w pełnią ją rozumiał i akceptował.
* * *
          Peter nie patyczkował się z prezentem od Jamesa, najzwyczajniej zjadł cukrową tasiemkę i szybko rozdarł starannie poskładany papier. Czuł, że Potter pewnie dostałby zawału widząc, jak bez szacunku rozprawił się z plakatem Sępów z Vracy. Dreszczyk emocji jaki mu przy tym towarzyszył skwitował krótkim uśmiechem. Miał już ich kilka plakatów, dlatego nie było mu go jakoś żal, James na bieżąco wyposażał ich w tego rodzaju gadżety, w ilościach wręcz hurtowych... Prawda była taka, że Petera nigdy jakoś specjalnie Quidditch nie kręcił, ale nigdy nie miał odwagi przyznać się do tego przy chłopakach. Dla przyjaźni z nimi był gotowy zostać najwierniejszym fanem tego sportu, oczywiście nie dotyczyło to czasu gdy był sam, wtedy nie zmuszał się do udawania.
          Wysypał na poduszkę zawartość paczki - ogromne ilości słodyczy z Miodowego Królestwa, szczególnie tych na które kieszeń Petera nie mogłaby sobie pozwolić. Przeglądał wszystkie opakowania z szeroko otwartymi oczami i ustami. Nie raz zazdrościł Jamesowi fortuny, mógł pozwolić sobie na wszystko, oczywiście dzięki temu, że byli przyjaciółmi, to i Peter wiele na tym korzystał, na przykład teraz.
          - A to co? - między jego palce wpadł skórzany pokrowiec, odczytał inskrypcję wybitą na boku i szczęka opadła mu na poduszkę - Magiczne ołówki wielkiego Pincello!
          Natychmiast wyciągnął jeden i pobiegł do biurka. Sięgnął po czysty pergamin i po chwili niecierpliwego namysłu przyłożył rysik do papieru. Chciał po prostu coś narysować, cokolwiek, zdał się na instynkt i dopiero gdy skończył do jego umysłu dotarło co takiego stworzył. Był to Znak. Mroczny Znak.
* * *
          Remus podał pani Hope talerz z makowcem i sam zabrał się do pałaszowania. Uwielbiał wypieki swojej mamy, a już w szczególności te świąteczne, których zapach wypełniał cały ich dom.
          - To co to za Marlena?
          - Krukonka, rok od nas starsza.
          - Starsza? A to ci dopiero... - pan Lyall wziął talerz od swojej żony i zapobiegawczo nałożył sobie dwa kawałki.
          - Bardzo fajna dziewczyna, tylko... James ewidentnie ma coś do Lily, ale ta dała mu kosza i chyba się wystraszył.
          - Chwila, chwila... - pani Hope wyprężyła się jak struna, uwielbiała słuchać o przyjaciołach swojego syna, każdego z nich znała prawie tak samo jak jego i traktowała z równym ciepłem - Lily? Lily Evans? I dała mu kosza? I James się wystraszył? - prawie wstała z emocji - Przecież jak on się uprze... I tak łatwo odpuścił? No nie wierzę... On ją kocha, jak nic - zagryzła makowcem i oparła głowę na drugiej dłoni rozmarzona. Jej mąż i syn zaczęli przyglądać się jej z niepokojem.
          - Ale że Marlenę? Czy Lily? - spytał speszony Remus czując, że głupieje.
          - No pewnie, że Lily! - sięgnęła rozpromieniona po kolejny kawałek - A Syriusz?
          Luniak westchnął ciężko i zmarszczył brwi w zamyśleniu. Próbował przypomnieć sobie która dziewczyna była ostatnia... Czy ta puchonka z czwartego roku z którą przyłapał Łapę na błoniach? Czy ta gryfonka z trzeciego?
          - Och, zapytałabyś się co słychać u twojego syna, a nie...
          - No właśnie, kochanie, a przy tobie nie kręci się jakaś urocza czarownica?
          Remus o mało nie zakrztusił się makowcem. Sięgnął szybko po kompot, ale rumieniec jaki wypłynął na jego twarz nie uszedł uwadze jego rodziców.
          - Synu? - pan Lyall poprawił okulary na nosie i również sięgnął po szklankę.
          - Nie... Żadna czarownica się przy mnie nie kręci, nie licząc bibliotekarki, ale ona do zbyt uroczych nie należy... O, to chyba do mnie! - Remus pospiesznie zerwał się od stołu i skoczył do okna w które pukał zawzięcie Szponek.
          - Z nieba mi spadłeś - wyszeptał Luniak, gdy jastrząb wpadł do środka.
          Z wyplątaniem prezentu pomógł mu tata. Wśród wielu słodyczy które znajdowały się w paczce znalazł kopertę, a w niej dwa kawałki pergaminu. Jeden z nich, ten większy, był pusty, drugi, mniejszy, głosił: 'Hasło: Nie ma to jak w domu', gdy tylko odczytał to krótkie zdanie - karteczka rozsypała się w pył.
          - Tato! Uderz różdżką w pergamin i powiedz 'Nie ma to jak w domu'!
          Zdziwiony pan Lyall wykonał polecenie syna, a ich oczom natychmiast ukazał się plan ich małego domku, a w nim trzy pary stóp skupione przy stole w salonie z ich imionami i widać, że ręcznie narysowanymi przez Jamesa (nie miał on za grosz talentu artystycznego) uśmiechniętymi twarzami.
* * *
          - To chyba miotły! - krzyk dobiegał z pokoju wspólnego w wierzy Gryffindoru.
          - Miotły? - to słowo zadziałało na Rogacza bardziej niż kawa. Zerwał się z łóżka i ściągnął kołdrę Łapie. Krótkim machnięciem różdżką posłał na przyjaciela bandę rozwścieczonych dinozaurów i dla szybszego efektu wyciągnął mu jeszcze poduszkę spod głowy.
          - Wstawaj!
          Chwilę później byli już na dole, pod wielką choinką, z jeszcze większą kupką prezentów.
          To nie był sen. Rzeczywiście wśród świątecznych upominków znajdowały się dwie paczki z ewidentnie miotłową zawartością.
          - James Potter i Syriusz Black! - mały pucołowaty chłopak, chyba z pierwszego roku, podał im prezenty. Nie mógł się doczekać aż otworzą, chyba jeszcze bardziej niż oni sami.
          Rogacz poznał pismo swojej mamy. Rozwinął karteczkę z życzeniami wesołych świąt i jednym szarpnięciem zerwał papier.
          - Nimbus 1001! Ma wyjść dopiero w styczniu!
          Black wskoczył na swoją miotłę i zrobił najszybsze okrążenie wokół choinki jakie kiedykolwiek widział Hogwart.
          - Kocham twoich rodziców! - krzyknął.
          Chwilę później dołączył do niego James. Bez zastanowienia wylecieli przez okno. Nie mogli się powstrzymać przed zrobieniem kilku rundek wokół zamku. Reszta gryfonów mogła jedynie się przyglądać z wyrazami zachwytu na twarzach.
          - Wszystkie mecze są nasze! - skwitował Potter gdy wlecieli już z powrotem do pokoju wspólnego.
          Zabrali się za rozpakowywanie kolejnych prezentów. Syriusz od swoich rodziców nie dostał nawet kartki z życzeniami, zresztą, wcale się jej nie spodziewał. Prócz prezentów od przyjaciół, rodziców Jamesa, kuzynki Andromedy, czy też Hagrida, dostał jeszcze jeden.
          Czarny papier rozpakował w milczeniu. W środku znajdowały się profesjonalne rękawice dla pałkarzy, ze smoczej skóry, wykończone czerwonym materiałem z wyhaftowanym herbem domu Godryka Gryffindora.
          Potter zagwizdał z podziwem.
          - Świetne! Od koga?
          - Od Regulusa...

poniedziałek, 28 marca 2016

11 Rozdział 'Hogwart Express i Znikający Nauczyciel'

          Rankiem Hogwart był przepełniony hukiem ciągniętych kufrów, gwarem podnieconych rozmów napakowanych świątecznymi życzeniami, uściskami oraz iście Bożonarodzeniową atmosferą. Zdecydowana większość uczniów wracała na święta do domu. I to właśnie dziś, za dosłownie parę godzin, przepełnione korytarze miały zalśnić pustkami by odetchnąć przez te kilka magicznych dni.
          Na peron w Hogsmeade, z którego miał odjechać Hogwart Express w stronę Londynu, uczniowie dostawali się na wielkich saniach sunących pomiędzy potężnymi zaspami. W tym roku pogoda była wyjątkowo hojna. Biały puch spowił całą Wielką Brytanię, a mróz przyjemnie trzeszczał pod butami iskrząc w promieniach słońca.
          Lily zeskoczyła z sani i z pomocą Dorcas ściągnęła swój przepełniony kufer. Odgarnęła z twarzy kilka niesfornych rudych kosmyków i z westchnieniem skierowała swoje spojrzenie na wspaniałości uśmiechające się do niej wprost z kiermaszu Bożonarodzeniowego.
          Kilkanaście małych drewnianych budek stało ciasno przy sobie oferując najznamienitsze czarodzieła świąteczne. Szczególnym zainteresowaniem darzyli je uczniowie do trzeciej klasy, którzy nie mogli jeszcze skorzystać z chociażby wczorajszego wyjścia do Hogsmeade. Nie bez powodu kiermasz zaczynał się właśnie dziś, gdy stacja w miasteczku była pełnia młodych czarodziejów.
          Lily ciągnąc z uporem swój kufer po śniegu zerkała na piękne ozdoby i pyszności nie mogąc nacieszyć oczu. Kiermasz miał trwać od dziś do Bożego Narodzenia włącznie, jak co roku i jak co roku Lily żałowała, że nie może poświęcić chociaż chwili więcej na jego dokładne obejście.
          - Och, nie mógłby on trwać od wczoraj?!
          - Daj spokój, wszystko to mogłaś wczoraj znaleźć w sklepach. Ciepłych, przytulnych sklepach... - odparła Mary z trudem radząc sobie z ciągnięciem swojego kufra.
          - Nie prawda! - zarzekła się Lily z otwartymi ustami oglądając ręcznie malowane, zaczarowane bombki na których po niebie leciały renifery ciągnąc sanie pełne prezentów.
          Mary w końcu poddała się i z naburmuszoną miną usiadła na swoim kufrze. Założyła nogę na nogę i po poprawieniu pomadki na ustach zaczęła rozglądać się wśród tłumu. Liczyła na pomoc jakiegoś dżentelmena, a właściwie to była wręcz oburzona, że jeszcze takowy się nie zgłosił.
          - Black! - krzyknęła trochę zbyt donośnie, gdy kolejne sanie zatrzymały się nieopodal, przywożąc na stację wszystkich huncwotów z parą krukonek - Chyba nie każesz się prosić, co? - dodała gdy wspomniana grupka już do niej dotarła. Po zrobieniu wielkich kocich oczu i posłaniu Syriuszowi jednego z najpiękniejszych uśmiechów, gdy ten westchnął wyciągając ręce gotowe do pomocy, wstała i dziarskim krokiem ruszyła do wagonów, tracąc całkowicie zainteresowanie swoim bagażem.
          Evans rzuciła jeszcze tylko jedno tęskne spojrzenie w kierunku kiermaszu chcąc zapamiętać ten piękny obrazek jak najdłużej i również ruszyła za przyjaciółką.
          Wchodząc do wybranego z dziewczynami przedziału usłyszała donośny śmiech Syriusza który pewnie nie tyle co żegnał się z przyjaciółmi na święta, a zastawiał psikusy co by uczniom podróż do domów nie upłynęła zbyt nudno. W tym harmiderze jednak coś jej nie pasowało, czegoś brakowało... Zmarszczyła brwi i nagle zdała sobie sprawę o co chodziło: Potter. Śmiech Blacka zawsze wtórował śmiechowi Jamesa. Dobrze widziała go gdy schodził z sani, a więc gdzie jest teraz? Czyżby iścił jakiś niecny plan? O nie! Co to, to nie! Nie pozwoli by spokojną podróż do domu zakłóciły jej pomysły tych dwóch wybryków natury! Jechała na święta z wielką radością, że w końcu odetchnie od tych bęcwałów!
          Wkurzona zarzuciła swój kufer na półkę w przedziale i wyjrzała na korytarz. Nie miała zamiaru spocząć póki go nie znajdzie i nie dopilnuje by opuścił pociąg z rękoma w górze!
          - A gdzie zgubiłeś Jamesa?
          Syriusz zmarszczył nos udając, że się zawzięcie zastanawia.
          - Hm, chciałaś się z nim tkliwie pożegnać? - uśmiechnął się szelmowsko opierając się o drzwiczki przedziału.
          - Nie żartuj sobie ze mnie, tylko mów gdzie on jest - dodała stanowczo, zakładając ręce na piersi.
          Syriusz westchnął zrezygnowany i pomachał do kilku wymijających ich dziewczyn.
          - Ostatnio widziałem go na peronie, czule żegnał się z Marleną - posłał jej kąśliwy uśmieszek i ruszył do przedziału w którym zadomowili się Peter z Remusem.
          Lily pośpiesznym krokiem podeszłą do najbliższego okna wychodzącego na stację i wystawiła głowę. Ku jej zdziwieniu rzeczywiście tam stał, a obok rzeczywiście stała Marlena. Z ulga stwierdziła, że nie było to tak czułe pożegnanie jakie sobie wyobraziła przy słowach Syriusza. Z ulgą? Wzdrygnęła się. Potter był jej całkowicie obojętny, po prostu zdecydowanie nie był to facet który potrafiłby być czuły, a już na pewno nie był to facet nadający się na jakikolwiek związek. Dlatego z lekkim niesmakiem patrzyła na jego relacje z Marleną. Dobrze wiedziała jak to się skończy, w końcu mu się znudzi i zostawi ją bez skrupułów. Właściwie to Lily była aż zdziwiona, że to wszystko tyle trwa. Nie miała pojęcia co ta krukonka w nim widziała, naprawdę liczyła, że Potter zostanie jej wierny?
          W pewnym momencie jej spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem Jamesa, a speszona faktem, że przyłapał ja na podglądaniu natychmiastowo cofnęła głowę boleśnie uderzając brodą w ramę okna.
          - Wolne? - spytała jakaś dziewczynka stając w drzwiach przedziału, z kufrem większym od niej samej.
          - Tak, tak... - odparła pospiesznie Lily i czując jak krew wzbierająca jej w policzkach ze wstydu, wróciła do swojego przedziału.
          Pełną równowagę i spokój odzyskała dopiero, gdy pociąg ruszył. Miarowy stukot wypełnił ją przyjemnym, ciepłym uczuciem, a krajobraz przewijający się za oknem przywołał na jej usta uśmiech. Nie mogła się doczekać spotkania z rodziną, bardzo za nimi tęskniła, nawet za swoją siostrą Petunią która raczej nie odwzajemniała tego uczucia. Lily przy każdym powrocie miała nadzieje, że ich stosunki się naprawią, że rozłąka, tęsknota i może ta magiczna świąteczna atmosfera w końcu poruszą skamieniałe serce jej siostry, niestety, jak do tej pory, nic się nie zmieniło. Może tym razem?
          - ... Wyobrażacie sobie? Sylwester w Hogwarcie! - te ostatnie trzy słowa wyrwały Evans z rozmyślań. Odwróciła zdumioną twarz w stronę swoich przyjaciółek. Och, pewnie mówią o Sylwestrze chłopców... Owszem oni spędzą go w Hogwarcie, ale one...
          - Lily, a ty co włożysz?
          - Ja? - zacięła się - Ale chyba nie myślicie, że wrócimy na Sylwester do Hogwartu... - dodała w końcu, licząc, że przyjaciółki rozwieją jej wątpliwości.
          - A o czym my gadamy od piętnastu minut?! Lily! No pewnie, że wrócimy! Miałybyśmy przegapić Sylwester w Hogwarcie? I to jeszcze organizowanego przez huncwotów?! - Dorcas aż wstała emanując emocjami. Mary pokiwała entuzjastycznie głowa z wielkim uśmiechem na ustach, a Emmelina zarumieniła się skubiąc róg swojego płaszcza.
          - Ale... 
          - Żadne ale! To już postanowione! - Dorcas usiadła rozradowana i uniosła nos do góry - Nie martw się, pewnie do tego czasu James i Marlena to będzie już przeszłość - dodała zdawkowo ściszonym i przemądrzałym tonem.
          - Co?! - wzburzyła się Lily - A co to ma w ogóle do rzeczy! - poczuła, że jej policzki znowu robią się czerwone. I uszy. I nos też.
          - Och, daj spokój Lily! - tym razem wtrąciła się Mary - Od kiedy zaproponował ci tę randkę przyczepił się do ciebie jak rzep do psiego ogona!
          - Że co proszę?!
          - A może nie? Tylko prawda jest taka, że w końcu trafiła mu się sztuka totalnie odporna na jego końskie zaloty, których skutkiem zamiast randki stał się topór wojenny.
          - Kto się czubi ten się lubi - dodała Mary ze swoim uroczym uśmiechem.
          - Przecież on ma dziewczynę! - wybuchnęła Lily.
          - No właśnie! - wybuchnęła jeszcze głośniej Dorcas - Widziałaś ich kiedyś we dwoje? Czy tak zachowuje się zadurzony Potter? Zauważyłaś JAK DŁUGO są razem? Jak dla mnie, to on ma totalną depresję, a ta Marlena to tylko przykrywka - dodała kiwając sobie głową z uznaniem.
          - Depresję? - prychnęła Lily. Ktoś taki jak James, ten przemądrzały, cyniczny zadufany w sobie James Potter, miałby mieć depresję?! - I to jeszcze może moja wina?! Bo mu odmówiłam randki?! A to niech sobie ma tę depresję! Może w końcu zauważy, że nie jest pępkiem świata! - odwróciła się urażona do okna.
          - Nie chodzi tu tylko o... ciebie Lily. Zapomniałaś co mu się ostatnio przydarzyło? - dodała ściszonym głosem Emm, ciągle skubiąc róg swojego płaszcza.
          Lily zacisnęła zęby. Poczuła żal w głosie Vance, co obruszyło ją jeszcze bardziej.
          - Marlena była wcześniej...
          - Tak, była wcześniej, ale podejrzewam, że gdyby nie ten wypadek, już dawno byłoby i po niej. Poza tym, są ze sobą od balu, a to na balu James wywróżył sobie ponuraka. Ty się wtedy na niego potężnie wkurzyłaś za Severusa, Marlena się do niego przyczepiła, no i koniec końców... - Dorcas westchnęła ciężko.
          - Lily - Mary położyła jej dłoń na kolanie - Przede wszystkim się nie denerwuj, po prostu stwierdziłyśmy że Potter się w tobie zadurzył, po co się tak wkurzać? Powinnaś się cieszyć, jeden z najbardziej rozchwytywanych chłopaków ma na ciebie oko - uśmiechnęła się.
          - A kto dopiero podśmiewał się 'kto się czubi, ten się lubi?' - skarciła ją spojrzeniem chociaż powoli się uspokajała - Niech on sobie czuje do mnie co chce, ale wiedzcie, że jest ostatnim chłopakiem na którego spojrzałabym 'w ten sposób'. Poza tym, miałabym się cieszyć, że 'ktoś taki jak James' ma na mnie oko? Proszę was... Ta cała jego sława i szum jaki wokół siebie robi jest żenujący... Nie mówcie, że to na was działa... - prychnęła znowu odwracając się do okna.
          Zaczęła jednak zastanawiać się nad słowami Emm. Co właściwie wtedy wydarzyło się w lesie i czy James rzeczywiście nic nie pamięta? Co w takim razie powiedział Rosierowi? Przypomniała sobie sen i martwe spojrzenie chłopaka, a przez jej ciało przeszedł dreszcz. Skarciła się w myślach - to prawda, że ubrała Pottera w kilka cech, w otoczkę jednego wielkiego stereotypu zadufanego w sobie chłoptasia. A przecież kto jak nie on - najbardziej odczuwa stratę T-Rexa, kto jak nie on - najbardziej głowi się nad wydarzeniami w Zakazanym Lesie. Może nie widać tego na pierwszy rzut oka, może rzeczywiście on to wszystko ukrywa? Oczywiście nie zmienia to faktu, że dalej jest zadufanym w sobie bucem... Tyle że - nie tylko...
* * *
          Remus zamknął notatnik pełen jego własnoręcznych notatek dotyczących krzyżówek wszelakich smoków. Zbliżali się już do przedmieść Londynu i stwierdził, że to najwyższy czas by dać sobie spokój z nauką. Zerknął na drzemiącego Petera i uśmiechnął się pod nosem. Chyba jeszcze nigdy nie jechał pociągiem Hogwart Express w takiej ciszy i spokoju.
          Ściągnął odznakę prefekta, przetarł ją wierzchem rękawa i schował do torby. Najbliższe dni chciał spędzić z dala od jakichkolwiek obowiązków. Obowiązków i wyrzutów sumienia... Bycie prefektem jest potężnym wyzwaniem, szczególnie gdy za przyjaciół ma się największych rozrabiaków w szkole... Na szczęście i od ich kawałów mógł w końcu odpocząć.
          Odetchnął głęboko i skupił swe spojrzenie na migoczącym, zimowym krajobrazie za oknem. Nie mógł się doczekać, aż zobaczy swoja rodzinę i... Zaraz. Co to?
          Przez szparę pod drzwiami do przedziału wpadła różowa koperta. Remus schylił się po nią, podniósł ją i obejrzał dookoła nim zdecydował się na spojrzenie do środka. Gdy wyciągał kartkę ze środka, która okazała się jakimś zaproszeniem, przez szparę wpadła kolejna koperta, tym razem niebieska. I kolejna, zielona. I kolejna, czerwona... I żółta, i fioletowa, i znowu niebieska... Zaczęły wpadać jedna po drugiej. Po krzykach, Lupin domyślił się, że nie tylko on ma problem z falą zaproszeń zalewającą jego przedział.
          - Peter! - Luniak szturchnął Glizdogona i wstał próbując przepchać się przez prąd kopertowy.
          Nim zdołał przebić się do drzwi, ich przedział był już pełen po brzegi kolorowych zaproszeń. Na szczęście, gdy tylko je otworzył, szturm ustał.
          Na korytarz wysypali się uczniowie i setki kopert. Początkowy szok i panika powoli zaczęły zamieniać się w okrzyki zachwytu i podniecone rozmowy.
          Czując kto mógł być za to odpowiedzialny sięgnął po jedną z kopert i wyciągnął zaproszenie, które natychmiast opluło go potężną ilością brokatu. Tak. Zaproszenie na Sylwestra w Hogwarcie.
* * *
          Był późny wieczór, ale ani James, ani Syriusz nie mięli ochoty kłaść się spać. Opustoszały zamek zdawał się im jeszcze bardziej kuszący niż kiedykolwiek. Szczególnie teraz, gdy Mapa Huncwotów posiadała już kilka pięter, a pustki na korytarzach były wręcz namacalne.
          Usiedli razem przed kominkiem w pokoju wspólnym i racząc się wszystkimi możliwymi słodyczami jakie zdobyli poprzedniego dnia w Miodowym Królestwie, przyglądali się magicznemu pergaminowi śledząc każdą parę stóp z zafascynowaniem.
          - Mówiłem, że zmniejszą patrole... - wyszeptał Łapa rozkręcając kolejną czekoladkę - Pewnie nie wytrzymają nawet do północy.
          - Miałem nadzieję, że Evanesrunt wyjedzie na święta gdzie pieprz rośnie - skomentował James, palcem wskazując profesora krążącego po swoim pokoju na drugim piętrze.
          - Lily widziała go w dzień meczu jak wychodził z gabinetu madame Hooch... Dam sobie uciąć rękę, że to on pomógł Sam Wiesz Komu...
          James zrezygnował z kolejnego łakocia. Od nadmiaru słodyczy zaczynało go mdlić, Igitur i wspomnienie tamtego dnia aby spotęgowały to uczucie.
          - Co jest... - obaj pochylili się głębiej nad mapa uderzając się przy tym głowami. Nie zwrócili jednak na to uwagi. Na mapie imię i nazwisko profesora Evanescunta nagle zaczęło znikać, aż po chwili ślad po nim zaginął - Niemożliwe... Teleportował się?
          - Z Hogwartu? Nie ma takiej opcji...
          - Nawet nie ma tam kominka... Mapa się zepsuła?
          - Remus zarzekał się, że mapa się nie pomyli - James wstał ze spojrzeniem utkwionym w punkt w którym jeszcze przed chwilą był ślad Igitura - Jest tylko jeden sposób by to sprawdzić. Zaraz wracam z peleryną.
* * *
          Rogacz jeszcze raz spojrzał na obrys gabinetu Evanescunta na mapie i upewniwszy się, że dalej było tam puste pole uderzył w kawałek pergaminu różdżką i wypowiedział znamienite 'Koniec psot'.
          Stali właśnie z Syriuszem przed wielkimi dębowymi drzwiami, spowici w delikatny materiał peleryny niewidki. Cisza panująca w zamku sprawiła, że byli wyczuleni na najmniejszy szmer. Potter przyłożył ucho do drzwi i pewny, że słyszy całkowite 'nic', skinął na Łapę.
          - Alohomora... - minęła chwila niecierpliwości jednak wrota nie ustąpiły - Ech, gdyby był tu Remus... - Black przygryzł wargę zastanawiając się - Emancipare.
          'Klik' wydawał się rozdźwięczyć po całym Hogwarcie. Chłopcy wstrzymali oddechy czując jak wraz z otwieranymi drzwiami rośnie im gęsia skórka na całym ciele.
          Gabinet profesora był pusty. Spowijała go ciemność rozganiana jedynie przez zasłonięty mgłą księżyc. Wkroczyli do środka rozglądając się uważnie. Mapa się nie myliła. Profesora tam nie było, ale w takim razie, co się z nim stało?
          - Śniła mi się raz - stwierdził szeptem Potter wskazując na górującą w całym pomieszczeniu szafę Evanescunta. Widział ją już i w Proroku Niecodziennym i na korytarzu gdy Igitur przyjechał z nią do Hogwartu. Coś w niej go jednak teraz niepokoiło, jak nigdy wcześniej, ale to pewnie przez wzgląd na wspomniany sen i okoliczności w jakich teraz się znajdowali.
          - Śniła ci się jego szafa? Co ty bierzesz... - Black parsknąłby śmiechem, ale Potter zdołał zdusić jego radość w zarodku, dając mu cios z łokcia w bok.
          Uchylił jej drzwi i zajrzał do środka. Przez chwilę czuł nawet obawę, że wyskoczy z niej bogin, nic jednak takiego się nie wydarzyło, była pusta, zupełnie pusta, tak jak w jego koszmarze.
          - Po co ją przywiózł skoro nic w niej nie trzyma... - skwitował James.
          Obeszli cały gabinet dookoła. Nie było w nim jednak nic nadzwyczajnego. Kilka jakichś nudnych książek i rzeczy osobistych równie zdziwaczałych co ich właściciel. Najważniejsze było jednak to, że z pewnością w środku nie było profesora.
          Zrezygnowani i znudzeni szukaniem nie wiadomo czego, wyszli z gabinetu i zamykając za sobą drzwi znowu dobyli Mapy Huncwotów.
          - Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego... - zachwyt spowodowany pokazującymi się na pergaminie zarysami pięter oraz nazwiskami aktualnych bywalców w Hogwarcie przerwał głuchy łomot w gabinecie z którego dopiero wyszli. W tym samym czasie na mapie ukazało się drugie piętro, pokój Igitura, a w nim... Sam Igitur.
          Pomimo peleryny niewidki zarzuconej na plecy, słysząc pospieszne kroki zmierzające zdecydowanie w stronę drzwi, ruszyli pędem przed siebie. Pognali piętro wyżej i nie zastanawiając się długo, schronili się w tajnym przejściu do Hogsmeade, skrytym za Posągiem Jednookiej Wiedźmy.
          - To niemożliwe! - James ściągnął gwałtownym ruchem pelerynę i dysząc ciężko oparł się o ścianę.
          - Mi to mówisz? - Syriusz rozłożył mapę i pospiesznie odnalazł nazwisko Evanescunta. Na szczęście widniało dalej w jego gabinecie - Musiał się teleportować! Nie widzę żadnego innego logicznego wytłumaczenia...
          Siedzieli przez chwilę w ciszy, uspokajając oddechy. W końcu James spojrzał w głąb korytarza prowadzącego do magicznego miasteczka i coś go tchnęło...
          - Łapa... Myślisz, że on dalej tam jest? Mówię o Zniczu, w Zakazanym Lesie?
          - No... Jest taka opcja, o ile nie zniszczył go Sam Wiesz Kto, albo ktoś go po prostu nie znalazł... Ale co to ma do tego?
          - Jak pójdziemy teraz do Dumbledore'a i powiemy mu, że Evanescunt znika ze swojego gabinetu, za nic w świecie nam nie uwierzy. Jak powiemy, że to on zaczarował Złoty Znicz i że włamał się do gabinetu Hooch, też nam nie uwierzy. Nie uwierzy nam, ale Zniczowi? Przecież to magiczna piłka! Pamiętasz jak na ostatnich mistrzostwach ktoś rzucił na Złoty Znicz Flagrante? Da się z niej sczytać ostatnie zaklęcie i zaklinającego, jak z różdżki! Gdyby udało nam się go odnaleźć...
          - Myślisz, że Evanescunt nie zatarłby po sobie śladów?
          - Przybył dopiero z Dumbledorem. Ktoś albo zrobił to wcześniej, albo nie zrobił tego wcale. Albus mówił, że Znicza nie odnaleziono, ale...
          - Sam Dumbledore go nie znalazł, a ty chcesz? - Syriusz założył ręce na piersi i westchnął głęboko - Dobra, jeżeli istnieje jakakolwiek szansa żeby załatwić tego przeklętego Evanesrunta, to wchodzę w to. Zresztą, co mamy ciekawszego do roboty?