Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mapa huncwotów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mapa huncwotów. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 października 2016

14 Rozdział 'Szlaban w Nieskończoność, Nauczyciel Dwa w Jednym i Zaginione Wiadomości'

          Mroźne powietrze stało nieruchomo jakby pod wpływem temperatury całkowicie zamarzło. Pogoda była nader irytująca, huncwoci nawet zastanawiali się czy przypadkiem nie była zaczarowana. Od tygodnia z nieba nie spadł nawet jeden płatek śniegu, chociaż nad Hogwartem krążyły ciężkie chmury przysłaniające słońce. Wiatr również ucichł, jak na złość nie przesypując zasp w te i z powrotem. Przy tych nieprzychylnych okolicznościach ich szlaban trwał w najlepsze i wcale nie zapowiadało się na polepszenie sytuacji. Szczątki wysadzonych sani były dosłownie wszędzie, nie mówiąc już o resztkach rac które mimo że magiczne, wcale nie chciały się same posprzątać. Gdyby chociaż spadł mały śnieżek, albo hulający wiatr przykryłby ten cały bałagan, może wtedy ktoś by się zlitował nad chłopcami i albo pozwolił im na użycie różdżek, albo chociaż odwlekł resztę szlabanu do roztopów. Niestety nic takiego nie miało miejsca i od tygodnia James wraz z Syriuszem, zaraz po zajęciach, pod czujnym okiem woźnego oraz profesora OPCM-u, własnymi rękoma zbierali wszelkie szczątki Sylwestrowej zabawy do worków ciągniętych na małych, niemagicznych sankach. Brodzili w zaspach po pachy, rozdzieleni, jeden po jednej stronie zamku, drugi zawsze po przeciwległej, dzień w dzień, i tak do śmierci... (Przynajmniej tak im się wtedy wydawało).
          Potter przykucnął w śniegu i sięgnął po fragment prawej burty roztrzaskanych sań. Westchnął ciężko zrezygnowany, bardzo dobrze znał ten kawałek drewna i to nie bynajmniej przez fakt, że kurczowo się go trzymał gdy gnali jak szaleni rozwożąc fajerwerki. Tak się składa, że zbierał go już dwa dni temu, jak i również pierwszego dnia szlabanu... Ktoś był na tyle złośliwy, że część zebranych przez nich odpadków umieszczał z powrotem w śniegu, tak żeby ich kara rzeczywiście trwała wiecznie... Ciężko powiedzieć czy robił to profesor Evanescunt, będący ostatnio w wyśmienitym humorze Filch, czy ktoś inny. Gdy chłopcy zorientowali się w sytuacji i zgłosili skargę zakończyło się na tym, że tamtego dnia musieli sprzątać nawet po kolacji.
          James zerknął w stronę nucącego pod nosem Filcha, który w swoich rakietach śnieżnych brodził w zaspie nieopodal wraz ze swoją kotką owiniętą wokół jego szyi. Dziś to on go pilnował. Z Evanescuntem zamieniali się codziennie i chociaż ich zajęcie musiało być jeszcze bardziej nudne i żmudne, obaj tryskali świetnym humorem.
          Korzystając z chwili nieuwagi woźnego, James wyciągnął z kieszeni lusterko dwukierunkowe i wyszeptał do niego imię Syriusza. Był już znudzony i przemarznięty do granic możliwości, nie wyobrażał sobie że mógłby wytrzymać tu chociaż jeszcze chwilę dłużej.
          W lusterku pojawiła się poczerwieniała od mrozu twarz Blacka, uśmiechnął się on smutno i wskazał na lewitującego za nim Evanescunta, który rozpostarty w wygodnym fotelu popijał herbatę z czarnej, przyjemnie parującej filiżanki. W drugiej ręce trzymał książkę, a różdżka spokojnie spoczywała mu na kolanach. W ciągu pierwszych dni James był nawet pod wrażeniem zaklęć którymi popisywał się przed nimi profesor Igitur. Potrafił on utrzymać w powietrzu fotel przez całe popołudnie i wolno posuwał się on na nim śledząc jego, czy też Syriusza, bez kiwnięcia nawet różdżką czy też szeptania jakichkolwiek zaklęć. Podziw ten jednak minął szybko zastąpiony wściekłością i poirytowaniem.
          - Pije już piątą herbatę i ani razu nie poleciał siku... - poskarżył się Black, na co Potter parsknął niemym śmiechem.
          - Nie guzdrać się! - warknął Filch - Nie będę tu siedział z tobą do wiosny! - rzucił, chociaż zamiast złości na jego ustach gościł uśmieszek.
          James chcąc nie chcąc pożegnał się z Syriuszem kiwnięciem głowy i schował lusterko wracając do pracy. Miał ochotę przywalić temu natrętnemu woźnemu śnieżką, ale byłoby to zdecydowanie zbyt jawne zagranie by nie obyło się bez dodatkowego szlabanu, a jak na razie, miał naprawdę szczere chęci by być posłusznym jak aniołek tylko po to by ta tyrania w końcu się skończyła. Co jak co, ale ten rok zaczynał się i zapowiadał naprawdę fatalnie...

* * *

          - Morelowe fistaszki - ledwo poznał swój własny głos. Całe popołudnie spędził w bibliotece nie odzywając się do nikogo, nic dziwnego że zachrypł. Nosił się z zamiarem rozmowy z dyrektorem już od dłuższego czasu, ale dopiero dziś zebrał na to całą swoją odwagę. Rozumiał, że Dumbledore wlepił szlaban chłopakom, chociaż rzeczywiście nie specjalnie wysadzili sanie, a przecież głównie o to się rozchodziło... Jednak zasłużyli sobie na niego chociażby przemyceniem Ognistej w sprefabrykowanych butelkach, co dla wielu dzieciaków nie skończyło się najlepiej, a o czym kadra nie wiedziała, przynajmniej oficjalnie. Szlaban jednak niesprawiedliwie się wydłużał, ktoś rzeczywiście rozkładał po błoniach zebrane już przez chłopców odpadki, a oni wycieńczeni, wieczorem, nie mięli nawet siły na marudzenie, co w przypadku huncwotów było bardzo niepokojące. Zbliżał się kolejny mecz, test u Kettleburna, pełnia... Coś trzeba było z tym zrobić.
          Remus odchrząknął nim przekroczył ostatnie stopnie schodów do kwatery Dumbledore'a i wygładził wierzchnią szatę. Wydawało mu się, że ma przygotowaną całą wypowiedź, ta jednak wyparowała mu z głowy gdy tylko zobaczył postać dyrektora. Stał on przy oknie, tyłem do Lupina. Nie odwrócił się, chociaż Remus był pewny, że Albus dobrze wie, że nie jest już w swoim gabinecie sam. Miał splecione z tyłu ręce, a pomiędzy nimi zwinięty pergamin z przełamanym lakiem, o ile dobrze Remus widział, wybita pieczęć pochodziła ze Szpitala Św. Munga.
          - Witaj Remusie, podejdź - Luniak przywitał się i posłusznie podszedł do okna. Było w nim widać Syriusza który właśnie poprawiał przewrócone sanki. Gardło Lupina się ścisnęło, czyżby dyrektor czytał mu w myślach i wiedział dokładnie z jaką sprawą przyszedł?
          - Chłopcy tak szybko uprzątali nasze piękne błonia, że musiałem im trochę bardziej nabałaganić by odczuli ciężar szlabanu - uśmiechnął się dyrektor.
          - Och... - wydusił z siebie Remus, a więc chociaż jedna kwestia się wyjaśniła... - Ja właśnie w tej sprawie... Zbliża się mecz Quidditcha, obaj są w drużynie, a James jest na dodatek kapitanem i w poniedziałek mamy testy ze smoków u profesora Kettleburna... - A zaraz po nich pełnia, dodał w myślach - Tak się zastanawiałem, czy może...
          - Też uważam, że już im wystarczy - odparł dyrektor, westchnął ciężko i odszedł od okna kierując się do swojego biurka - Powiedz mi Remusie, czy James dostał od Gwiazdki jakiś list od rodziców?
          Luniak ledwo zdążył odetchnąć po niespodziewanym sukcesie, gdy dyrektor znowu zbił go z tropu. Było w tonie jego głosu coś niepokojącego, coś co sprawiło, że skulił się z nieprzyjemnym przeczuciem, a jego oczy znowu powędrowały do listu który przed chwilą trzymał Dumbledore, a teraz spoczywał przed nim na biurku.
          - Chyba nie... Przynajmniej nie byłem tego świadkiem, a James nic nie mówił... - dopiero teraz zdał sobie sprawę, że co roku Rogacz dostawał od rodziców życzenia Noworoczne, w tym roku jednak nie przypominał sobie takiej sytuacji - Czy coś się stało?
          - Oczywiście, niepokoją mnie ostatnie problemy w sowiej poczcie, tyle listów nie dociera do swoich adresatów... - odparł wymijająco i sięgnął po fajkę nabitą tęczowym tytoniem który na początku roku huncwoci zwinęli wprost z jego szuflady - Proszę cię żebyś przekazał Jamesowi by po kolacji stawił się w szopie z saniami. Nie wspominaj jednak o listach, nie chcę by niepotrzebnie się niepokoił - dodał uśmiechając się lekko.
          - Przekażę - Remusa niesamowicie kusiło by zapytać o szczegóły, nie miał jednak tyle odwagi. Wpatrywał się ze ściśniętym gardłem w tęczowe obłoki ganiające się pod sufitem i gdy już zebrał się w sobie by coś wydusić, odezwał się dyrektor.
          - Tymczasem, myślę że możesz chłopcom obwieścić radosną nowinę, ich szlaban właśnie dobiegł końca - uśmiechnął się szeroko i znowu ruszył do okna - No już, już! Chyba nie chcemy go przedłużać, czyż nie?
          - Och, oczywiście, już pędzę... Do widzenia - rzucił Lupin i po chwili zniknął za drzwiami.

* * *

          Nie tylko James z Syriuszem, czy też nawet sam Remus, odczuwali nieprzyjemne uroki szlabanu. Równie źle te okoliczności wpływały na Petera, który cały swój wolny czas w Hogwarcie spędzał zawsze u boku któregoś z huncwotów. Najczęściej był to Łapa i Rogacz, Luniak natomiast zbyt często odwiedzał bibliotekę i zdecydowanie zbyt dużo się uczył by teraz Glizdogon mógł zapełnić czasową pustkę tylko nim... Owszem, chłopacy często dostawali szlabany, ale nigdy nie zajmowały one im całego popołudnia i to dzień w dzień, a Peter i tak był najbardziej zadowolony, gdy i jemu dostawał się szlaban. Czuł się wtedy huncwotem bardziej niż zwykle.
          Żałował więc, że nie udało mu się nic wymyślić, by święta spędzić w Hogwarcie i wspólnie z chłopakami urządzić Sylwestra. Musieli się tu tak genialnie bawić... No i dostałbym z nimi szlaban, a wszyscy w szkole mówili by tylko o NASZEJ świetnej imprezie Sylwestrowej... 
          Stało się jednak inaczej, a Peter popołudnia spędzał zwykle sam w pokoju, gdy już widok biblioteki, a nawet samych drzwi do niej wywoływał u niego napady paniki. Nudziło mu się niezmiernie, tak że nawet rysować już mu się nie chciało, a najlepszą rozrywką wydawało mu się spanie.
          Tego dnia sen jednak nie chciał do niego przyjść, aż Pettigrew zaczął nawet nabierać obaw, że przez ostatni tydzień przedawkował spanie i nigdy już nie uśnie. Zerwał się na równe nogi i zaczął krążyć po pokoju. Kusiło go by bezkarnie pogrzebać w rzeczach chłopaków. Jedynie Remusa mógł się spodziewać do kolacji, on jednak pewnie siedział w bibliotece... Po chwili wahania wyciągnął z szuflady Jamesa niedokończoną Mapę Huncwotów i delikatnie rozwinął papier. Zagryzając wargę powędrował wzrokiem do miejsca, gdzie przy stoliku w bibliotece zawsze siedział Luniak, ku swemu zaskoczeniu, nie dojrzał tam imienia i nazwiska swojego przyjaciela. Rozszerzył oczy ze zdziwienia i lekkiego przestrachu, że Luniak zaraz tu wpadnie i przyłapie go na... No właśnie, na czym? Przecież to była ich wspólna mapa, Mapa Huncowtów, Peter też był huncowtem, miał takie samo prawo... A mimo wszystko często prześladowało go to dziwne uczucie, że jest z nimi, ale trochę obok nich... Pokręcił głową odganiając nieprzyjemne myśli i odetchnął głęboko. Skoro Remus nie był w tej nudnej bibliotece to postanowił go poszukać i mu potowarzyszyć. Oczywiście mapa nie obejmowała jeszcze całego zamku, ale była szansa, że go na niej odnajdzie, a przynajmniej zawęzi mu pole poszukiwań.
          Nim jednak zdążył odnaleźć na mapie maszerujące w stronę gabinetu dyrektora stopy Remusa, jego uwagę przykuł inny gabinet. Profesora Igitura Evanescunta. A w nim: sam profesor, Mortimer Avery, Blake Mulciber, Evan Rosier, Severus Snape, Regulus Black i kilku innych uczniów, niektórych kojarzył, niektórych nie.
          - Profesor Igitur? - zapiszczał sam do siebie zdziwiony - Przecież on pilnuje dziś Syriusza!
          Natychmiast podszedł do okna, jednak dziś żaden z chłopaków nie był w zasięgu jego wzroku. Ruszył biegiem do pokoju wspólnego by może tam zerknąć. Dopiero w połowie schodów zdał sobie sprawę, że ściska w rękach Mapę Huncwotów. Natychmiast zawrócił wyobrażając sobie, jak Remus przyłapuje go na tej wpadce. Po chwili znowu zbiegał po schodach, tym razem z wolnymi rękoma, jednak z tak samo mocno bijącym sercem. Dopatrzył grupkę dziewczyn sterczących przy parapecie. Oby był tam właśnie Syriusz! Gryfonki niby w rękach trzymały pootwierane książki, ale wszyscy dobrze wiedzieli, że wcale się nie uczyły, a bezkarnie wgapiały się w chłopaków i chichotały... Nawet po tygodniu im to się nie znudziło! A oni przecież tam tylko zbierali kawałki porozwalanego drewna! Petera już pierwszego dnia zaczęło to strasznie denerwować i już nawet nie przez fakt, że był trochę zazdrosny powodzeniem Syriusza i Jamesa i nie raz wyobrażał sobie, jak to on tkwi tam w dole w śniegu, a z tego okna zerkają na niego te same dziewczyny, a później puffff... Jego wyobraźnia przytaczała mu obraz jak te właśnie dziewczyny uciekają bo zdają sobie sprawę, że to on, a nie Syriusz... Bardziej jednak irytował go fakt, że gdy był właśnie z którymś z chłopaków, wszyscy traktowali go z pewnego rodzaju respektem, a od tygodnia stał się niemal niewidzialny...
          - Ał! Uważaj! - pisnęła jedna z dziewczyn, gdy próbujący wyjrzeć pomiędzy rozchichotanymi Gryfonkami Peter, przez przypadek nadepnął jej na stopę. Dla niego jednak liczył się w tej chwili tylko fakt, że Syriusza dalej pilnuje nie kto inny, a profesor Evanescunt...
          Pobiegł do pokoju, jeszcze raz sprawdził mapę i całkowicie zdezorientowany postanowił zejść w okolice gabinetu Igitura by chociaż podsłuchać przez drzwi czy mapa rzeczywiście nie kłamie. Zrezygnował z Peleryny Niewidki Jamesa, sam nie czuł się pod nią tak bezpiecznie jak z którymś z chłopaków. Wiedział również, że nie odważy się osobiście wejść nawet na korytarz przy gabinecie profesora z obawy, że rzesza ślizgonów nagle na niego wypełznie, nie mówiąc już o samym Evanescuncie... Postawił więc na schronienie się w postaci szczura. Przecież gdyby zamienił się w niego na tym samym piętrze, nie miałby problemu by ukryć się w którymś zakamarku w okolicy gabinetu...
          Wybiegł z pokoju, podniecony że zbada tak ważną sprawę samodzielnie i będzie mógł pochwalić się rezultatami chłopakom, gdy do jego uszu dotarła niezbyt przyjemna rozmowa.
          - ... i ubrudził mi buta! Brudas!
          - A kto to w ogóle był?
          - No ten, Piter, czy jakoś tak. Przylepa Syriusza i Jamesa... 
          - Ach ten... Nie mam pojęcia dlaczego oni się z nim trzymają, ale to chociaż wyjaśnia dlaczego tak się pchał do okna, stęsknił się za widokiem Syriusza!
          Salwa śmiechu zatrzymała Glizdogona na schodach. Policzki mu poczerwieniały, a w żołądku się zagotowało. Nie miał odwagi by wkroczyć teraz do Pokoju Wspólnego. Zacisnął pięści i już miał odwrócić się na pięcie i zniknąć w bezpiecznych czterech ścianach sypialni, gdy pod wpływem chwili przemienił się w szczura i ruszył w dół, biegnąć wprost do przejścia za portretem Grubej Damy, zamieniając salwę śmiechu w salwę pisków i krzyków.

* * *

          - ... A tak w ogóle! Peter - James dźgnął go palcem i pochylając się w jego stronę zapytał - Słyszałem, że w naszym dormitorium grasują szczury. Podobno jakiś narobił dziewczynom strachu i teraz mamy dostać strażnika w postaci kotki Norris - razem z Syriuszem zachichotali - Coś ci o tym wiadomo?
          - Nie zwariowałem do tego stopnia by biegać tak po szkole w ciągu dnia... - wyszeptał Glizdogon rumieniąc się przy tym prawie tak mocno jak tosty które właśnie jadł na kolację.
          - No ja myślę! - odparł Syriusz nakładając sobie kolejną porcję serdelków. Wiadomość o skończonym szlabanie wprawiła ich w iście dobre nastroje - Co nie zmienia faktu, że twoja rodzinka postanowiła cię chyba odwiedzić, chyba wyczuła że się strasznie bez nas nudzisz.
          - Och, mało to szczurów w Hogwarcie? Dajcie mu spokój - wtrącił Lupin - James, pamiętaj gdzie masz pójść po kolacji.
          - Jasne, jasne - rzucił Potter i zabrał się za kolejną kanapkę ze... wszystkim co znalazł na stole. Zerknął jeszcze raz na Petera, później na Lupina. Obydwu dziś nie poznawał. Tak jakby wcale nie cieszyli się, że ich kumplom skończył się szlaban... Peter, który zawsze bacznie ich obserwował i śmiał się nawet z ich najmniejszego żartu, był dziś jakiś zamyślony, nieobecny i jeszcze bardziej speszony niż zwykle. Remus natomiast był strasznie poważny, spięty i ciągle mu przypominał o tym spotkaniu z Dumbledorem. Owszem James, też dziwił się dlaczego został wezwany sam, ale być może dyrektor chce zrobić mu i Syriuszowi oddzielne pouczenie i najzwyczajniej Blacka wezwie jutro? Miał tysiące takich wyjaśnień i właściwie się tym nie przejmował, a jego ciekawość w tej kwestii była bliska zeru. Czując, że nic nie wyciągnie od tej smętnej dziś dwójki, a i nie wciągnie ani kanapki więcej, postanowił załatwić tą tak absorbującą Remusa sprawę - Idę - Rzucił i wstał od stołu chwytając obok leżący płaszcz i szalik.
          Drzwi szopy zaskrzypiały przeciągle. W środku paliło się ciepłe światło i gdyby nie temperatura która była tak daleko poniżej zera wydawać by się mogło, że jest tu nawet przytulnie. Przed samymi drzwiami leżała potężna sterta odłamków które codziennie zwozili tu James z Syriuszem, a obok nich, na starym bujanym fotelu siedział Dumbledore. Na widok Pottera wstał, splótł ręce z tyłu i pokiwał głową.
          - To były wiekowe sanie... - zaczął.
          - Cóż, wszystko ma swój koniec - po chwili namysłu odparł Rogacz.
          Dyrektor przeszył go swym głębokim spojrzeniem, smutnym spojrzeniem.
          - Niestety, to prawda - dodał po dłuższej chwili. Wyciągnął różdżkę, zakręcił nią koło i szepcząc coś pod nosem rzucił zaklęcie. Momentalnie sterta odłamków zaczęła wirować, każdy kawałek szukał swego sąsiada, fragment innego fragmentu i po chwili stały przed nimi całe sanie, bez najmniejszej rysy. James patrzył na to z szeroko otwartymi oczyma, nie ukrywając zachwytu, chociaż musiał przyznać, że nie prędko najdzie go ochota na wypożyczenie tych właśnie sani jeszcze raz.
          - Dla nich to jeszcze nie koniec, szkoda że nie wszystko da się naprawić jednym ruchem różdżki. Czekają nas różne doświadczenia, oby zakończyły się równie pomyślnie jak to. James, bynajmniej nie wezwałem cię tu przez wzgląd na te sanie czy też sam szlaban.
          Potter utkwił swe spojrzenie w twarzy dyrektora.
          - Dostałem dziś list od twojego ojca. Próbował się on z tobą kilkukrotnie skontaktować, jednak wszystkie sowy jakie wysyłał nie wracały, a brak odpowiedzi z twojej strony wskazuje, że listy nie trafiały do adresata, czyż tak?
          - Chyba... Chyba tak... Nie dostałem od rodziców nic od świąt - odparł czując zimno rozlewające się po całym jego ciele.
          - Tak myślałem... Zaistniała sprawa nie cierpiąca zwłoki, James. Twój ojciec wysłał mi list ze Świętego Munga. Niestety nie był to jego wybór, czy też próba skontaktowania się z tobą poprzez kogoś innego. Skorzystał z tej okazji, ponieważ jest tam od wczoraj u boku twej matki, niestety jej stan nie jest najlepszy. Chciał byś do nich dołączył, dlatego, proszę, chwyć mnie teraz za ramię.
          Rogacz wpatrywał się pustym spojrzeniem w dyrektora i nie zastanawiając się po co właściwie to robi, położył swą dłoń na ramieniu Dumbledore'a, a świat zawirował.

poniedziałek, 28 marca 2016

11 Rozdział 'Hogwart Express i Znikający Nauczyciel'

          Rankiem Hogwart był przepełniony hukiem ciągniętych kufrów, gwarem podnieconych rozmów napakowanych świątecznymi życzeniami, uściskami oraz iście Bożonarodzeniową atmosferą. Zdecydowana większość uczniów wracała na święta do domu. I to właśnie dziś, za dosłownie parę godzin, przepełnione korytarze miały zalśnić pustkami by odetchnąć przez te kilka magicznych dni.
          Na peron w Hogsmeade, z którego miał odjechać Hogwart Express w stronę Londynu, uczniowie dostawali się na wielkich saniach sunących pomiędzy potężnymi zaspami. W tym roku pogoda była wyjątkowo hojna. Biały puch spowił całą Wielką Brytanię, a mróz przyjemnie trzeszczał pod butami iskrząc w promieniach słońca.
          Lily zeskoczyła z sani i z pomocą Dorcas ściągnęła swój przepełniony kufer. Odgarnęła z twarzy kilka niesfornych rudych kosmyków i z westchnieniem skierowała swoje spojrzenie na wspaniałości uśmiechające się do niej wprost z kiermaszu Bożonarodzeniowego.
          Kilkanaście małych drewnianych budek stało ciasno przy sobie oferując najznamienitsze czarodzieła świąteczne. Szczególnym zainteresowaniem darzyli je uczniowie do trzeciej klasy, którzy nie mogli jeszcze skorzystać z chociażby wczorajszego wyjścia do Hogsmeade. Nie bez powodu kiermasz zaczynał się właśnie dziś, gdy stacja w miasteczku była pełnia młodych czarodziejów.
          Lily ciągnąc z uporem swój kufer po śniegu zerkała na piękne ozdoby i pyszności nie mogąc nacieszyć oczu. Kiermasz miał trwać od dziś do Bożego Narodzenia włącznie, jak co roku i jak co roku Lily żałowała, że nie może poświęcić chociaż chwili więcej na jego dokładne obejście.
          - Och, nie mógłby on trwać od wczoraj?!
          - Daj spokój, wszystko to mogłaś wczoraj znaleźć w sklepach. Ciepłych, przytulnych sklepach... - odparła Mary z trudem radząc sobie z ciągnięciem swojego kufra.
          - Nie prawda! - zarzekła się Lily z otwartymi ustami oglądając ręcznie malowane, zaczarowane bombki na których po niebie leciały renifery ciągnąc sanie pełne prezentów.
          Mary w końcu poddała się i z naburmuszoną miną usiadła na swoim kufrze. Założyła nogę na nogę i po poprawieniu pomadki na ustach zaczęła rozglądać się wśród tłumu. Liczyła na pomoc jakiegoś dżentelmena, a właściwie to była wręcz oburzona, że jeszcze takowy się nie zgłosił.
          - Black! - krzyknęła trochę zbyt donośnie, gdy kolejne sanie zatrzymały się nieopodal, przywożąc na stację wszystkich huncwotów z parą krukonek - Chyba nie każesz się prosić, co? - dodała gdy wspomniana grupka już do niej dotarła. Po zrobieniu wielkich kocich oczu i posłaniu Syriuszowi jednego z najpiękniejszych uśmiechów, gdy ten westchnął wyciągając ręce gotowe do pomocy, wstała i dziarskim krokiem ruszyła do wagonów, tracąc całkowicie zainteresowanie swoim bagażem.
          Evans rzuciła jeszcze tylko jedno tęskne spojrzenie w kierunku kiermaszu chcąc zapamiętać ten piękny obrazek jak najdłużej i również ruszyła za przyjaciółką.
          Wchodząc do wybranego z dziewczynami przedziału usłyszała donośny śmiech Syriusza który pewnie nie tyle co żegnał się z przyjaciółmi na święta, a zastawiał psikusy co by uczniom podróż do domów nie upłynęła zbyt nudno. W tym harmiderze jednak coś jej nie pasowało, czegoś brakowało... Zmarszczyła brwi i nagle zdała sobie sprawę o co chodziło: Potter. Śmiech Blacka zawsze wtórował śmiechowi Jamesa. Dobrze widziała go gdy schodził z sani, a więc gdzie jest teraz? Czyżby iścił jakiś niecny plan? O nie! Co to, to nie! Nie pozwoli by spokojną podróż do domu zakłóciły jej pomysły tych dwóch wybryków natury! Jechała na święta z wielką radością, że w końcu odetchnie od tych bęcwałów!
          Wkurzona zarzuciła swój kufer na półkę w przedziale i wyjrzała na korytarz. Nie miała zamiaru spocząć póki go nie znajdzie i nie dopilnuje by opuścił pociąg z rękoma w górze!
          - A gdzie zgubiłeś Jamesa?
          Syriusz zmarszczył nos udając, że się zawzięcie zastanawia.
          - Hm, chciałaś się z nim tkliwie pożegnać? - uśmiechnął się szelmowsko opierając się o drzwiczki przedziału.
          - Nie żartuj sobie ze mnie, tylko mów gdzie on jest - dodała stanowczo, zakładając ręce na piersi.
          Syriusz westchnął zrezygnowany i pomachał do kilku wymijających ich dziewczyn.
          - Ostatnio widziałem go na peronie, czule żegnał się z Marleną - posłał jej kąśliwy uśmieszek i ruszył do przedziału w którym zadomowili się Peter z Remusem.
          Lily pośpiesznym krokiem podeszłą do najbliższego okna wychodzącego na stację i wystawiła głowę. Ku jej zdziwieniu rzeczywiście tam stał, a obok rzeczywiście stała Marlena. Z ulga stwierdziła, że nie było to tak czułe pożegnanie jakie sobie wyobraziła przy słowach Syriusza. Z ulgą? Wzdrygnęła się. Potter był jej całkowicie obojętny, po prostu zdecydowanie nie był to facet który potrafiłby być czuły, a już na pewno nie był to facet nadający się na jakikolwiek związek. Dlatego z lekkim niesmakiem patrzyła na jego relacje z Marleną. Dobrze wiedziała jak to się skończy, w końcu mu się znudzi i zostawi ją bez skrupułów. Właściwie to Lily była aż zdziwiona, że to wszystko tyle trwa. Nie miała pojęcia co ta krukonka w nim widziała, naprawdę liczyła, że Potter zostanie jej wierny?
          W pewnym momencie jej spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem Jamesa, a speszona faktem, że przyłapał ja na podglądaniu natychmiastowo cofnęła głowę boleśnie uderzając brodą w ramę okna.
          - Wolne? - spytała jakaś dziewczynka stając w drzwiach przedziału, z kufrem większym od niej samej.
          - Tak, tak... - odparła pospiesznie Lily i czując jak krew wzbierająca jej w policzkach ze wstydu, wróciła do swojego przedziału.
          Pełną równowagę i spokój odzyskała dopiero, gdy pociąg ruszył. Miarowy stukot wypełnił ją przyjemnym, ciepłym uczuciem, a krajobraz przewijający się za oknem przywołał na jej usta uśmiech. Nie mogła się doczekać spotkania z rodziną, bardzo za nimi tęskniła, nawet za swoją siostrą Petunią która raczej nie odwzajemniała tego uczucia. Lily przy każdym powrocie miała nadzieje, że ich stosunki się naprawią, że rozłąka, tęsknota i może ta magiczna świąteczna atmosfera w końcu poruszą skamieniałe serce jej siostry, niestety, jak do tej pory, nic się nie zmieniło. Może tym razem?
          - ... Wyobrażacie sobie? Sylwester w Hogwarcie! - te ostatnie trzy słowa wyrwały Evans z rozmyślań. Odwróciła zdumioną twarz w stronę swoich przyjaciółek. Och, pewnie mówią o Sylwestrze chłopców... Owszem oni spędzą go w Hogwarcie, ale one...
          - Lily, a ty co włożysz?
          - Ja? - zacięła się - Ale chyba nie myślicie, że wrócimy na Sylwester do Hogwartu... - dodała w końcu, licząc, że przyjaciółki rozwieją jej wątpliwości.
          - A o czym my gadamy od piętnastu minut?! Lily! No pewnie, że wrócimy! Miałybyśmy przegapić Sylwester w Hogwarcie? I to jeszcze organizowanego przez huncwotów?! - Dorcas aż wstała emanując emocjami. Mary pokiwała entuzjastycznie głowa z wielkim uśmiechem na ustach, a Emmelina zarumieniła się skubiąc róg swojego płaszcza.
          - Ale... 
          - Żadne ale! To już postanowione! - Dorcas usiadła rozradowana i uniosła nos do góry - Nie martw się, pewnie do tego czasu James i Marlena to będzie już przeszłość - dodała zdawkowo ściszonym i przemądrzałym tonem.
          - Co?! - wzburzyła się Lily - A co to ma w ogóle do rzeczy! - poczuła, że jej policzki znowu robią się czerwone. I uszy. I nos też.
          - Och, daj spokój Lily! - tym razem wtrąciła się Mary - Od kiedy zaproponował ci tę randkę przyczepił się do ciebie jak rzep do psiego ogona!
          - Że co proszę?!
          - A może nie? Tylko prawda jest taka, że w końcu trafiła mu się sztuka totalnie odporna na jego końskie zaloty, których skutkiem zamiast randki stał się topór wojenny.
          - Kto się czubi ten się lubi - dodała Mary ze swoim uroczym uśmiechem.
          - Przecież on ma dziewczynę! - wybuchnęła Lily.
          - No właśnie! - wybuchnęła jeszcze głośniej Dorcas - Widziałaś ich kiedyś we dwoje? Czy tak zachowuje się zadurzony Potter? Zauważyłaś JAK DŁUGO są razem? Jak dla mnie, to on ma totalną depresję, a ta Marlena to tylko przykrywka - dodała kiwając sobie głową z uznaniem.
          - Depresję? - prychnęła Lily. Ktoś taki jak James, ten przemądrzały, cyniczny zadufany w sobie James Potter, miałby mieć depresję?! - I to jeszcze może moja wina?! Bo mu odmówiłam randki?! A to niech sobie ma tę depresję! Może w końcu zauważy, że nie jest pępkiem świata! - odwróciła się urażona do okna.
          - Nie chodzi tu tylko o... ciebie Lily. Zapomniałaś co mu się ostatnio przydarzyło? - dodała ściszonym głosem Emm, ciągle skubiąc róg swojego płaszcza.
          Lily zacisnęła zęby. Poczuła żal w głosie Vance, co obruszyło ją jeszcze bardziej.
          - Marlena była wcześniej...
          - Tak, była wcześniej, ale podejrzewam, że gdyby nie ten wypadek, już dawno byłoby i po niej. Poza tym, są ze sobą od balu, a to na balu James wywróżył sobie ponuraka. Ty się wtedy na niego potężnie wkurzyłaś za Severusa, Marlena się do niego przyczepiła, no i koniec końców... - Dorcas westchnęła ciężko.
          - Lily - Mary położyła jej dłoń na kolanie - Przede wszystkim się nie denerwuj, po prostu stwierdziłyśmy że Potter się w tobie zadurzył, po co się tak wkurzać? Powinnaś się cieszyć, jeden z najbardziej rozchwytywanych chłopaków ma na ciebie oko - uśmiechnęła się.
          - A kto dopiero podśmiewał się 'kto się czubi, ten się lubi?' - skarciła ją spojrzeniem chociaż powoli się uspokajała - Niech on sobie czuje do mnie co chce, ale wiedzcie, że jest ostatnim chłopakiem na którego spojrzałabym 'w ten sposób'. Poza tym, miałabym się cieszyć, że 'ktoś taki jak James' ma na mnie oko? Proszę was... Ta cała jego sława i szum jaki wokół siebie robi jest żenujący... Nie mówcie, że to na was działa... - prychnęła znowu odwracając się do okna.
          Zaczęła jednak zastanawiać się nad słowami Emm. Co właściwie wtedy wydarzyło się w lesie i czy James rzeczywiście nic nie pamięta? Co w takim razie powiedział Rosierowi? Przypomniała sobie sen i martwe spojrzenie chłopaka, a przez jej ciało przeszedł dreszcz. Skarciła się w myślach - to prawda, że ubrała Pottera w kilka cech, w otoczkę jednego wielkiego stereotypu zadufanego w sobie chłoptasia. A przecież kto jak nie on - najbardziej odczuwa stratę T-Rexa, kto jak nie on - najbardziej głowi się nad wydarzeniami w Zakazanym Lesie. Może nie widać tego na pierwszy rzut oka, może rzeczywiście on to wszystko ukrywa? Oczywiście nie zmienia to faktu, że dalej jest zadufanym w sobie bucem... Tyle że - nie tylko...
* * *
          Remus zamknął notatnik pełen jego własnoręcznych notatek dotyczących krzyżówek wszelakich smoków. Zbliżali się już do przedmieść Londynu i stwierdził, że to najwyższy czas by dać sobie spokój z nauką. Zerknął na drzemiącego Petera i uśmiechnął się pod nosem. Chyba jeszcze nigdy nie jechał pociągiem Hogwart Express w takiej ciszy i spokoju.
          Ściągnął odznakę prefekta, przetarł ją wierzchem rękawa i schował do torby. Najbliższe dni chciał spędzić z dala od jakichkolwiek obowiązków. Obowiązków i wyrzutów sumienia... Bycie prefektem jest potężnym wyzwaniem, szczególnie gdy za przyjaciół ma się największych rozrabiaków w szkole... Na szczęście i od ich kawałów mógł w końcu odpocząć.
          Odetchnął głęboko i skupił swe spojrzenie na migoczącym, zimowym krajobrazie za oknem. Nie mógł się doczekać, aż zobaczy swoja rodzinę i... Zaraz. Co to?
          Przez szparę pod drzwiami do przedziału wpadła różowa koperta. Remus schylił się po nią, podniósł ją i obejrzał dookoła nim zdecydował się na spojrzenie do środka. Gdy wyciągał kartkę ze środka, która okazała się jakimś zaproszeniem, przez szparę wpadła kolejna koperta, tym razem niebieska. I kolejna, zielona. I kolejna, czerwona... I żółta, i fioletowa, i znowu niebieska... Zaczęły wpadać jedna po drugiej. Po krzykach, Lupin domyślił się, że nie tylko on ma problem z falą zaproszeń zalewającą jego przedział.
          - Peter! - Luniak szturchnął Glizdogona i wstał próbując przepchać się przez prąd kopertowy.
          Nim zdołał przebić się do drzwi, ich przedział był już pełen po brzegi kolorowych zaproszeń. Na szczęście, gdy tylko je otworzył, szturm ustał.
          Na korytarz wysypali się uczniowie i setki kopert. Początkowy szok i panika powoli zaczęły zamieniać się w okrzyki zachwytu i podniecone rozmowy.
          Czując kto mógł być za to odpowiedzialny sięgnął po jedną z kopert i wyciągnął zaproszenie, które natychmiast opluło go potężną ilością brokatu. Tak. Zaproszenie na Sylwestra w Hogwarcie.
* * *
          Był późny wieczór, ale ani James, ani Syriusz nie mięli ochoty kłaść się spać. Opustoszały zamek zdawał się im jeszcze bardziej kuszący niż kiedykolwiek. Szczególnie teraz, gdy Mapa Huncwotów posiadała już kilka pięter, a pustki na korytarzach były wręcz namacalne.
          Usiedli razem przed kominkiem w pokoju wspólnym i racząc się wszystkimi możliwymi słodyczami jakie zdobyli poprzedniego dnia w Miodowym Królestwie, przyglądali się magicznemu pergaminowi śledząc każdą parę stóp z zafascynowaniem.
          - Mówiłem, że zmniejszą patrole... - wyszeptał Łapa rozkręcając kolejną czekoladkę - Pewnie nie wytrzymają nawet do północy.
          - Miałem nadzieję, że Evanesrunt wyjedzie na święta gdzie pieprz rośnie - skomentował James, palcem wskazując profesora krążącego po swoim pokoju na drugim piętrze.
          - Lily widziała go w dzień meczu jak wychodził z gabinetu madame Hooch... Dam sobie uciąć rękę, że to on pomógł Sam Wiesz Komu...
          James zrezygnował z kolejnego łakocia. Od nadmiaru słodyczy zaczynało go mdlić, Igitur i wspomnienie tamtego dnia aby spotęgowały to uczucie.
          - Co jest... - obaj pochylili się głębiej nad mapa uderzając się przy tym głowami. Nie zwrócili jednak na to uwagi. Na mapie imię i nazwisko profesora Evanescunta nagle zaczęło znikać, aż po chwili ślad po nim zaginął - Niemożliwe... Teleportował się?
          - Z Hogwartu? Nie ma takiej opcji...
          - Nawet nie ma tam kominka... Mapa się zepsuła?
          - Remus zarzekał się, że mapa się nie pomyli - James wstał ze spojrzeniem utkwionym w punkt w którym jeszcze przed chwilą był ślad Igitura - Jest tylko jeden sposób by to sprawdzić. Zaraz wracam z peleryną.
* * *
          Rogacz jeszcze raz spojrzał na obrys gabinetu Evanescunta na mapie i upewniwszy się, że dalej było tam puste pole uderzył w kawałek pergaminu różdżką i wypowiedział znamienite 'Koniec psot'.
          Stali właśnie z Syriuszem przed wielkimi dębowymi drzwiami, spowici w delikatny materiał peleryny niewidki. Cisza panująca w zamku sprawiła, że byli wyczuleni na najmniejszy szmer. Potter przyłożył ucho do drzwi i pewny, że słyszy całkowite 'nic', skinął na Łapę.
          - Alohomora... - minęła chwila niecierpliwości jednak wrota nie ustąpiły - Ech, gdyby był tu Remus... - Black przygryzł wargę zastanawiając się - Emancipare.
          'Klik' wydawał się rozdźwięczyć po całym Hogwarcie. Chłopcy wstrzymali oddechy czując jak wraz z otwieranymi drzwiami rośnie im gęsia skórka na całym ciele.
          Gabinet profesora był pusty. Spowijała go ciemność rozganiana jedynie przez zasłonięty mgłą księżyc. Wkroczyli do środka rozglądając się uważnie. Mapa się nie myliła. Profesora tam nie było, ale w takim razie, co się z nim stało?
          - Śniła mi się raz - stwierdził szeptem Potter wskazując na górującą w całym pomieszczeniu szafę Evanescunta. Widział ją już i w Proroku Niecodziennym i na korytarzu gdy Igitur przyjechał z nią do Hogwartu. Coś w niej go jednak teraz niepokoiło, jak nigdy wcześniej, ale to pewnie przez wzgląd na wspomniany sen i okoliczności w jakich teraz się znajdowali.
          - Śniła ci się jego szafa? Co ty bierzesz... - Black parsknąłby śmiechem, ale Potter zdołał zdusić jego radość w zarodku, dając mu cios z łokcia w bok.
          Uchylił jej drzwi i zajrzał do środka. Przez chwilę czuł nawet obawę, że wyskoczy z niej bogin, nic jednak takiego się nie wydarzyło, była pusta, zupełnie pusta, tak jak w jego koszmarze.
          - Po co ją przywiózł skoro nic w niej nie trzyma... - skwitował James.
          Obeszli cały gabinet dookoła. Nie było w nim jednak nic nadzwyczajnego. Kilka jakichś nudnych książek i rzeczy osobistych równie zdziwaczałych co ich właściciel. Najważniejsze było jednak to, że z pewnością w środku nie było profesora.
          Zrezygnowani i znudzeni szukaniem nie wiadomo czego, wyszli z gabinetu i zamykając za sobą drzwi znowu dobyli Mapy Huncwotów.
          - Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego... - zachwyt spowodowany pokazującymi się na pergaminie zarysami pięter oraz nazwiskami aktualnych bywalców w Hogwarcie przerwał głuchy łomot w gabinecie z którego dopiero wyszli. W tym samym czasie na mapie ukazało się drugie piętro, pokój Igitura, a w nim... Sam Igitur.
          Pomimo peleryny niewidki zarzuconej na plecy, słysząc pospieszne kroki zmierzające zdecydowanie w stronę drzwi, ruszyli pędem przed siebie. Pognali piętro wyżej i nie zastanawiając się długo, schronili się w tajnym przejściu do Hogsmeade, skrytym za Posągiem Jednookiej Wiedźmy.
          - To niemożliwe! - James ściągnął gwałtownym ruchem pelerynę i dysząc ciężko oparł się o ścianę.
          - Mi to mówisz? - Syriusz rozłożył mapę i pospiesznie odnalazł nazwisko Evanescunta. Na szczęście widniało dalej w jego gabinecie - Musiał się teleportować! Nie widzę żadnego innego logicznego wytłumaczenia...
          Siedzieli przez chwilę w ciszy, uspokajając oddechy. W końcu James spojrzał w głąb korytarza prowadzącego do magicznego miasteczka i coś go tchnęło...
          - Łapa... Myślisz, że on dalej tam jest? Mówię o Zniczu, w Zakazanym Lesie?
          - No... Jest taka opcja, o ile nie zniszczył go Sam Wiesz Kto, albo ktoś go po prostu nie znalazł... Ale co to ma do tego?
          - Jak pójdziemy teraz do Dumbledore'a i powiemy mu, że Evanescunt znika ze swojego gabinetu, za nic w świecie nam nie uwierzy. Jak powiemy, że to on zaczarował Złoty Znicz i że włamał się do gabinetu Hooch, też nam nie uwierzy. Nie uwierzy nam, ale Zniczowi? Przecież to magiczna piłka! Pamiętasz jak na ostatnich mistrzostwach ktoś rzucił na Złoty Znicz Flagrante? Da się z niej sczytać ostatnie zaklęcie i zaklinającego, jak z różdżki! Gdyby udało nam się go odnaleźć...
          - Myślisz, że Evanescunt nie zatarłby po sobie śladów?
          - Przybył dopiero z Dumbledorem. Ktoś albo zrobił to wcześniej, albo nie zrobił tego wcale. Albus mówił, że Znicza nie odnaleziono, ale...
          - Sam Dumbledore go nie znalazł, a ty chcesz? - Syriusz założył ręce na piersi i westchnął głęboko - Dobra, jeżeli istnieje jakakolwiek szansa żeby załatwić tego przeklętego Evanesrunta, to wchodzę w to. Zresztą, co mamy ciekawszego do roboty?

niedziela, 6 września 2015

4 Rozdział 'Mapa Huncwotów i Czekoladowe Żaby'

          Remus jeszcze raz uważnie omiótł spojrzeniem dział kartografii w bibliotece. Zmarszczył podbródek i westchnął, po czym wrócił do sporego stołu który dzielił razem z Peterem. Na blacie leżał stos map, mapek, planów, gazet, atlasów i kilka bardzo starych książek. To ciągle mało -powtarzał sobie w myślach. Aż ciężko było uwierzyć, ale Hogwart nie posiadał żadnej rzetelnej publikacji zawierającej dokładne plany wszystkich jego pięter -a właśnie tego w tej chwili potrzebowali.
          Przez cztery lata spędzone w szkole przebadali każdy zakamarek zamku, oczywiście w szczególności specjalizowali się w tym Rogacz i Łapa, ale nie raz zdarzyło im się wędrować pod peleryną niewidką razem. Dzięki swoim nocnym eskapadom odkryli mnóstwo tajnych przejść, pokoi i odszyfrowali wiele haseł dzięki którym można było wędrować po zamku, czy też wyjść z niego niepostrzeżenie, bez obaw że trafi się na blokadę przez którą trzeba będzie zawrócić. Postanowili stworzyć swoją mapę- mapę huncwotów, dzięki której każdy kto ją posiada będzie mógł penetrować zamek do woli, albo wymknąć się do Hogsmeade gdy tylko najdzie go chęć na piwo kremowe. Miał to być taki pomocnik- dla przyszłych pokoleń szkolnych rozrabiaków, w ten sposób chłopcy chcieli odznaczyć się w jakiś szczególny sposób na kartach historii Hogwartu.
          Jednak do zrobienia takiej mapy potrzebowali jakiegoś podkładu. Narysowanie go samodzielnie zajęłoby im chyba resztę ich nauki w szkole. Remus był pewny, że tak wielki, sławny i zacny zamek jakim był Hogwart, posiada swoje plany, najwyraźniej się mylił. Przeszukał całą bibliotekę, wypytał nawet profesora Binnsa, ducha nauczającego historii magii, który poirytowanym głosem stwierdził, jakby to było przeoczywiste, że Hogwart przecież został stworzony przez największych czarodziejów, komu niby potrzebne byłyby plany?
          Może właśnie dzięki temu, że zamek nie miał porządnej mapy Remus czuł, że ich misja nabrała jeszcze większego sensu. Do pracy zabrał się podwójnie ochoczo i nie miał już takich wyrzutów sumienia, że jako prefekt wspomaga jedynie rozrabiaków ułatwiając im łamie przepisów. Mimo to miał kwaśną minę, zawsze był bardzo dokładnym człowiekiem, robił wszystko rzetelnie i perfekcyjnie, porządne plany Hogwaru byłyby dużo lepsze niż szczątkowe mapy z wielkimi brakami, masą błędów, z prostym schematem zamku na czele, który dostawał każdy pierwszoroczny i na którym właściwie nie widniało nic, oraz chaotyczne poprawki i notatki jego przyjaciół nabazgrane czerwonym, ścieralnym atramentem na tych wszystkich mizernych resztkach map które znaleźli.
          Gdy głębiej się nad tym zastanowić, nie było nic dziwnego, że Hogwart nie posiadał żadnych dostępnych planów, musiałyby być one bardzo przekłamane, w innym wypadku nie jeden uczeń dopatrzyłby się na nich tajnych przejść i wyjść z zamku. Pewnie właśnie dlatego większość map które już jakimś cudem znaleźli były pełne błędów.
          -Chyba skończyłem -powiedział niepewnie Peter. Opuścił różdżkę i jeszcze przez chwilę przyglądał się swojemu dziełu. Na sporym jasnym pergaminie rozłożonym w poprzek stołu widniał starannie narysowany kawałek planu. Były to podziemia i lochy. Glizdogon czując, że serce podchodzi mu do gardła ponownie sprawdził, czy wszystkie pomieszczenia zgadzają się z pierwowzorem, nie chciał zawieść Lupina, już wystarczająco głupio się czuł, gdy ten musiał go przez godzinę uczyć zaklęcia kopiującego. Remus był bardzo cierpliwy i nie było po nim widać złości, ale Peter zdawał sobie sprawę, że jest opornym uczniem i pewnie nie jeden pierwszoroczniak dałby sobie radę z nauką tego zaklęcia dużo szybciej. Kopiowanie podziemi i lochów było dla niego bardzo stresujące, bał się że różdżka go nie posłucha i zniszczy cały pergamin, zdecydowanie lepiej się czuł, gdy musiał ją odłożyć by wziąć pióro i ręcznie uzupełnić pozostałe fragmenty. Może mało kto o tym wiedział, ale Pettigrew był świetnym rysownikiem. Była to jedna z nielicznych czynności która sprawiała mu przyjemność i z którą bardzo dobrze sobie radził. Oczywiście reszta huncwotów nie omieszkała tego nie wykorzystać, chociażby to właśnie Peter zwykle dorysowywał śmieszne rysunki na tablicy ogłoszeń w szkole.
          -Wygląda świetnie i nawet sprawnie ci to poszło, chyba jednak wyrobimy się szybciej niż myślałem -pochwalił go Luniak na co Glizdogon uśmiechnął się przybierając czerwony kolor na twarzy. Remus stuknął w kilka starych pergaminów różdżką i czerwone bazgroły natychmiast z nich zniknęły. Gdyby bibliotekarka zobaczyła ich notatki pewnie skróciłaby ich o głowy, na szczęście była ślepa jak but i nawet ze swoimi okularami z szkłami jak denka od butelek musiałaby włożyć głowę w mapę by cokolwiek zobaczyć, szkoda że nie widzieliście jej czytającej -A więc podziemia mamy z głowy. Ewentualne poprawki naniesiemy w nocy, najlepiej będzie sprawdzić z oryginałem -dodał szeptem i podsunął Peterowi wstępne plany parteru, a sam zabrał się za kompletowanie i sprawdzanie pierwszego piętra. Pettigrew przełknął głośno ślinę. Teraz gdy się pomyli i zniszczy pergamin będzie musiał rysować znowu nie tylko parter, ale i podziemia. Ile jest pieter w Hogwarcie? Siedem? Plus wieże? Z twarzy odpłynęła mu krew z przerażenia.
          Do biblioteki wszedł Syriusz. Minę miał posępną. Szybkim krokiem wszedł między regały nie zwracając na nikogo uwagi. Zmierzał prosto pod dział ksiąg zakazanych, gdzie przy najbardziej mrocznym i omijanym przez wszystkich uczniów stole, siedzieli Peter wraz z Remusem. Jedyną osobą która tu zaglądała była bibliotekarka, co rusz nagle wyłaniała się zza regału bojąc się, że huncwoci znowu coś knują i zaraz włamią się do działu ksiąg zakazanych. Spoglądała na nich znad swoich okrągłych okularów i jak gdyby nigdy nic odwracała się na pięcie i znowu znikała wśród książek. Lubiła Remusa i nawet mu ufała, w końcu nie bez powodu został prefektem, ale pojawienie się niezrównoważonego Blacka sprawiło, że znowu wyłoniła się zza regału z puchatą froterką i nagle postanowiła wypucować trzeszczący regał najbliżej chłopców. Chwilę zajęło nim znowu zostali sami. Syriusz w tym czasie usiadł na krześle, splótł ręce na piersi, zacisnął usta i podenerwowany tupał nogą.
          -Nienawidzę gada -wysyczał w końcu. Ciągle nie mógł dojść do siebie po treningu ślizgonów, na którym okazało się, że jego brat Regulus został ich nowym szukającym.
          -James jest od niego sto razy lepszy, poza tym będziesz miał okazję by bezkarnie stłuc go tłuczkiem -stwierdził Peter, z ulgą robiąc sobie przerwę w robieniu mapy. Syriusz kiwnął głową zaciskając pięści, był pałkarzem, Glizdogon miał rację, będzie mógł naparzać brata tłuczkiem ile wlezie.
          -Wyjdzie to naszej drużynie na dobre. Macie teraz podwójną motywacje do tego by zwyciężyć, widziałeś jak Rogacz zawzięcie ćwiczy? Ma bzika na punkcie Quidditcha, ale jeszcze nigdy nie widziałem go w takim stanie  -stwierdził Lunatyk szczypiąc się w brodę i nie odwracając wzroku od mapy którą przeglądał -Chociaż dziś w nocy to już przesadził -dodał. Po zamieszaniu jakie wynikło z wizyty jastrzębia z sową, Potter nie mógł już zmrużyć oka więc zabrał się za trenowanie. Latał na miotle po całym dormitorium próbując schwytać Srebrny Znicz, przeniósł się do pokoju wspólnego dopiero po tym jak Łapa strzelił go w twarz poduszką aż zleciały mu okulary.
          -A jak tam T-Rex? -spytał Peter korzystając z okazji, że temat przeszedł na Jamesa.
          T-Rex był sową Rogacza. Imię to zawdzięczała tyranozaurowi, a raczej dość sporemu świrowi Pottera na punkcie dinozaurów. Dlatego też był on dość dobry ze smoków, przypominały mu prehistoryczne gady których figurek miał całą półkę nad łóżkiem. A skąd właściwie Tyrannosaurus rex? Sowa Jamesa była dość specyficzna. Może sama nie była jakaś przeogromna, właściwie to była strasznym kurduplem, ale jej skrzydła w porównaniu do całego ciała były po prostu mikruśne, żeby na nich latać przewijała nimi prawie tak szybko jak koliber. Gdy Rogacz zobaczył ją w sklepie nie było nawet mowy o wyborze innej, natychmiast skojarzyła mu się z tyranozaurem który swoje przednie łapy ma przemalutkie, a przy jego wielkim cielsku wyglądają wręcz jak niedorozwinięte.
          Tej nocy sowa Jamesa została zaatakowana. Potter z Lupinem ukryci pod peleryną niewidką natychmiast przenieśli ją do Hagrida, który a propo okazało się, że sypia w różowej koszuli nocnej, a na głowę zakłada sobie gigantyczną pasiasta skarpetę.
          -No co cholibka! Te kłączydła pchają mi się wszędzie! Już mnie broda wystarczająco łaskocze!
          Co on ma z tym różowym? Parasolka, koszula nocna... Nie było czasu się nad tym zastanawiać. Gajowy miał rękę do zwierząt, natychmiast zajął się T-Rexem. Ułożył go na wielkiej puchatej poduszce i starannie obejrzał, po czym mamrocząc coś pod nosem poprzekładał swoje słoiczki z różnymi miksturami i ziołami, coś zamieszał, coś zabełtał, gdzieś coś dolał, coś dosypał, aż w końcu podał kilka kropel prosto w uchylony sowi dziobek.
          -Hagrid stwierdził, że najgorsze ma już za sobą -odparł Black zerkając na zaczątki mapy huncwotów -James nie przyjdzie, kazałem mu pójść w kimę -po obiedzie mięli cztery godziny wolnego. Remus z Peterem przyszli popracować nad mapą, James z Syriuszem mięli sprawdzić co u T-Rexa.
          Remus pokiwał głową po czym w końcu oderwał się od zapisków.
          -Hagrid dowiedział się co to było za zaklęcie? -gajowy nie miał wątpliwości, że sowa nie została zwyczajnie zaatakowana przez jakieś zwierze, nie rozchorowała się, ani też nie miała żadnego nieszczęsnego wypadku, ktoś definitywnie poraził ją jakimś zaklęciem i pewnie gdyby nie jastrząb który przyniósł ją do dormitorium chłopaków zginęłaby przy upadku z wysokości, czy też przy kolejnym ataku.
          Syriusz pokręcił przecząco głową.
          -Mógł to być przypadek -odparł niepewnie Peter widząc przejęte miny chłopaków -Trafiła na jakieś zabłąkane zaklęcie, albo ktoś wziął ją za jakiegoś szkodnika, przyznajcie, że z daleka nie przypomina zbytnio sowy.
          -Mam niemiłe uczucie, że to wszystko ma coś wspólnego z Yvonne... Widziała Jamesa... To wszystko moja wina, wpakowałem was w tarapaty. Zaatakowałem własnego kumpla, a teraz ktoś zaatakował jego sowę... -głos Remusa prawie się załamał.
          -Mam genialny pomysł! -drzwi biblioteki otworzyły się z hukiem, aż nawet siedzący przy najdalszym stoliku uczniowie, przy dziale ksiąg zakazanych, podskoczyli momentalnie.
          -Ciii!!! Tu panuje cisza!!! Och, już mam was po dziurki w nosie!!! -wrzasnęła piskliwym szeptem bibliotekarka odprowadzając spojrzeniem między regały Jamesa który niezbytnio przejął się jej uwagą, właściwie to wcale się nią nie przejął.
          Po chwili Potter był już przy swoich kumplach. Wziął ostatnie wolne krzesło i usiadł na nim okrakiem. Oczy błyszczały mu z podniecenia a na ustach miał gigantycznego banana.
          -Miałeś się przespać, wyglądasz strasznie -stwierdził Luniak zmywając z twarzy poczucie winy jakie go przed chwilą ogarnęło. Nie chciał tym dodatkowo trapić Pottera.
          -Owszem, miałem -odparł robiąc chwilową przerwę. Szybkim ruchem ręki chwycił Srebrny Znicz który brzęczał mu przy uchu, wyglądało to trochę jakby żaba właśnie łapała muchę -I nawet ruszyłem w stronę dormitorium, ale ktoś mnie definitywnie śledził -dodał tajemniczym tonem ale dalej się uśmiechał, Remus dostał skurczu w żołądku czując jak poczucie winy powraca.
          -Grubas Ob lazł za mną aż do klatki schodowej, ciągle ukrywał się za rogiem i myślał chyba, że go nie widzę, ale tak sapał, że głuchy by go usłyszał.
          -Po co miałby cię śledzić? -zdziwił się Lupin.
          -Mówiłem wam, on się w nim zakochał -prychnął Łapa.
          -Akurat sam fakt dlaczego mnie śledził nie jest taki ważny i wcale się we mnie nie zakochał -spiorunował Blacka spojrzeniem, ale po chwili oczy znowu zaczęły mu błyszczeć podniecone -Idąc tak i czując go na karku wpadłem na genialny pomysł! A gdyby tak na naszej mapie pokazywałoby się gdzie kto jest? -szeptał nie chcąc by ktokolwiek inny niż jego kumple usłyszał, a ciężko mu było szeptać bo tak się zajarał tym pomysłem, że chciał krzyczeć na cały głos -Wyobrażacie to sobie?! Zero szlabanów bo kto niby miałby nas przyłapać? Widzielibyśmy wszystkich, nikt by nas nie zaskoczył zza rogu!
          -Da się to zrobić, prawda? -oczy Syriusza zaraziły się od Jamesa.
          -Nooo... Gdyby się nad tym zastanowić... Byłoby to trochę kłopotliwe, ale... -Remus myślał gorączkowo, drapiąc się po głowie.
          -Super! -wrzasnęli na raz Rogacz i Łapa przybijając w powietrzu piątkę. Dla nich już nie było: nie. Na dobre uzależnili się od tego pomysłu, a Luniak jak zwykle został sam na sam z problemem.
* * *
          Jestem odważny, jestem odważny... -powtarzał sobie w głowie Obesus -Nie... Jednak nie jestem odważny -i znowu schował się za rogiem. Dziś specjalnie zrobił sobie przerwę w sprzedawaniu Czekoladowych Żab, miał bardzo ważną sprawę do załatwienia. Śledził Jamesa od kiedy ten przekroczył próg wrót Hogwartu, właściwie to śledził go już wcześniej gdy po obiedzie Rogacz wraz z Łapą wyszli z Wielkiej Sali. Jednak udali się prawdopodobnie do Hagrida a na zewnątrz padał deszcz więc Ob stwierdził, że poczeka na nich w środku, nie chciał zmoknąć, było zimno a poza tym nie był jeszcze gotowy na rozmowę z Potterem.
          Wyciągnął z kieszeni pospiesznie swój grzebyk i przeczesał nerwowo włosy. Teraz albo nigdy... Zerknął w stronę gryfona, był już na klatce schodowej, ciężko byłoby się na niej dalej ukrywać, to ostatnia szansa...
          -J... J... Jaaaaames? -zająkał się i zapiszczał wychodząc zza rogu. Potter zatrzymał się trzymając ręce w kieszeniach i odwrócił się do niego na pięcie. Na ustach widniał mu szeroki uśmiech co dodało trochę odwagi Stebbinsowi.
          -No w końcu! Już zacząłem przyjmować zakłady ze Srebrnym Zniczem!
          -Och... To znaczy... Widziałeś, że za tobą idę? No tak -chrząknął czując, że robi się jeszcze czerwieńszy chociaż nie wiem czy to było możliwe -Mam do ciebie taką małą sssprawę... A z odwagą u mnie no wiesz... Gdybym ją miał, bylibyśmy w jednym domu -zaśmiał się nerwowo -W tym bądź razie... Tak sobie pomyślałem, no wiesz, dzięki mnie dowiedziałeś się o treningu slizgonów i... I... Ale oczywiście nie musisz się zgadzać, tak tylko na to wpadłem...
          -Do rzeczy Ob, o co chodzi? -Potter miał już w głowie nowy pomysł i ostatnie na co miał ochotę to czekanie aż puchon wydusi z siebie to co chce przekazać. Problem jego polegał zawsze na tym, że gadał jak najęty, ale nigdy nie na temat.
          -No więc... Wiesz, że to ja sprzedaję te żaby, prawda? No, gadaliśmy już o tym ostatnio i Filch kupił kilka dla was u mnie i powiedziałeś, że są one takie magiczne...
          -Pamiętam -przerwał mu zakładając ręce na piersi.
          -Och bo... -Obesus spuścił głowę nerwowo ściskając zwinięty pergamin -Wiesz, że one rżą, miauczą i w ogóle... A mam ich jeszcze pełne dwa kufry... Najgorzej jest w nocy... Już dawno wywalili mnie do pokoju wspólnego... Eee... To znaczy nie mnie, tylko kufry -zaczął się tłumaczyć a Rogacz z niecierpliwości zaczął stukać butem o schodek -Jak ostatnio na korytarzu powiedziałeś, że są takie super magiczne i w ogóle... Dziewczyny rzuciły się na nie jak na eliksir miłosny i tak sobie pomyślałem... Gdybyś tak może zechciał podpisać... -rozwinął zwój trzymany w ręce i pokazał Potterowi, przy okazji zasłonił sobie nim twarz: 'NAJLEPSZE MAGICZNE, CZEKOLADOWE ŻABY NA ŚWIECIE! TYLKO U ZWARIOWANEGO OBA! POLECAM, JAMES POTTER!'.
          Rogacz miał ochotę parsknąć śmiechem, jednak zamiast tego zwinął pergamin i położył Obesusowi dłoń na ramieniu. Na twarz starał się przywołać najbardziej poważną minę na jaka było go stać.
          -Ob... Przyjacielu. Nie mogę patrzeć jak ciągle tachasz te ciężkie kufry, jak musisz odmawiać sobie piątej dokładki obiadu i ciężko harujesz pod biblioteką dzień w dzień. I wiesz co? Kupię od ciebie te żaby, wszystkie -posłał mu pełne litości spojrzenie i wcisnął mu zwój do ręki -A teraz muszę spadać, załatwimy wszystko po kolacji -rzucił na koniec, wyminął puchona szybkim ruchem i pognał do biblioteki.
          Stebbins stał zamurowany, z uchylonymi ustami, gapiąc się przed siebie. Srebrny Znicz Jamesa zrobił wokół niego kilka okrążeń i również zniknął za właścicielem.
          Ob nie mógł uwierzyć w to co się przed chwilą stało. James Potter, ten James Potter, nazwał go przyjacielem! I kupił od niego wszystkie Czekoladowe Żaby, ale akurat teraz jakoś wydawało mu się to drugorzędną sprawą. Z tej całej radości stwierdził, że pójdzie do Wielkiej Sali i zje sobie jeszcze raz obiad, o ile coś jeszcze zostało, pora obiadowa właściwie już minęła, ale kto wie, w końcu miał dziś taki szczęśliwy dzień.
* * *
          Panna Evans powtarzała sobie w myślach recepturę na eliksir wielosokowy, o którym ostatnio uczyli się na zajęciach, gdy nagle z zamyślenia wyrwało ją głośne 'Cześć Lily!' Na początku nie poznała czyj to głos, a wszystko przez to że Obesus chyba nigdy nie był taki szczęśliwy i rzadko kiedy tak odważnie szedł przez korytarz witając się ze wszystkimi dookoła.
          -Cześć Ob, sprzedałeś już wszystkie żaby? -spytała nim zdążyła ugryźć się w język. Kiedyś na eliksirach profesor Slughorn przydzielił go jej do pary i razem musieli uwarzyć najprostszy na świecie eliksir na kaszel, Stebbins tak się zestresował, zamotał i nie wiadomo co jeszcze, że ich eliksir bardziej przypominał Wywar Żywej Śmierci niż coś co miałoby komukolwiek pomóc. Dodatkowo doskwierało mu coś co objawiało się chorobliwym zauroczeniem w huncwotach i wiecznie miał problemy z wysławianiem się co w wielu przypadkach kończyło się na tym, że nim powiedział co chciał powiedzieć, powtórzył wszystko co usłyszał w szkole, co znowu robiło z niego trochę nieświadomego, ale największego plotkarza, przynajmniej wśród facetów. Dlatego raczej starała się go unikać, chociaż wewnątrz było jej go szkoda i naprawdę starała się być dla niego bardzo miła. Tym razem ciekawość zwyciężyła z niechęcią.
          -A miło, że pytasz! Tak! Sprzedałem już wszystkie żaby! -odparł, kilka tonów za głośno. Ruda skuliła się. Nie lubiła być w centrum uwagi, a Ob zdecydowanie chciał by słyszeli go wszyscy dookoła -No wiesz... Jak ma się dobrych kumpli to ma się z kim robić interesy, co nie? -uśmiechnął się szeroko -Przyjaciel wziął ode mnie resztę, stwierdził, że są genialne, takie magiczne -stwierdził, nonszalancko unosząc jedną brew do góry.
          -Och... No tak -odparła trochę zaskoczona Lily, nie przypominała sobie z kim to mógłby przyjaźnić się Stebbins.
          -James Potter je kupił! -dodał szybko (i bardzo, bardzo głośno) jakby czekał aż Ruda spyta kim jest owy przyjaciel, ale się nie doczekał.
          Co?!
          -Wiesz, wziął mnie na bok i powiedział tak 'Ob, PRZYJACIELU -podkreślił -Twoje Czekoladowe Żaby są genialne! Nie rozumiem dlaczego ich jeszcze nie rozkupili? Biorę wszystkie!'
          Tym razem to Lily stała zamurowana. Jakoś ciężko jej było wyobrazić sobie podobną sytuację, szczególnie fragment kiedy Potter nazywa Stebbinsa przyjacielem. Poza tym, co to ma być?! Jakiś tydzień dobroci dla zwierząt?! Najpierw ratują kotkę Norris, łapiąc psa pałętającego się po lochach, przy okazji ratując samego psa, a teraz James wykupuje wszystkie żaby? Albo Rogacz coś knuje, albo rzeczywiście zaraził się jakąś wścieklizną, bo może i gadka że to dzięki temu, że ona wraz z Lupinem zostali prefektami przemienia huncwotów na dobre, była miła, ale nie wierzyła w nią za grosz.
* * *
          Potter odgryzł głowę jednej Czekoladowej Żabie i wypuścił ją na korytarz. Chwilę później Peter prychnął zapluwając sobie buty czekoladą, gdy wybrakowana żaba po kilku skokach rozbiła się na ścianie. Tak właśnie wyglądał ich wieczór 'dobroci' dla zwierząt. Huncwoci napakowali sobie pełne kieszenie, podołki i torby słodyczami wykupionymi przez Jamesa od Obesusa i skryci pod peleryną niewidką eksplorowali lochy oraz pierwsze piętro, przy okazji sprawdzając czy na mapie nie zrobili pomyłki.
          -Strasznie tu ciasno, ktoś powinien przestać faszerować się czekoladą -mruknął Rogacz znacząco spoglądając na Glizdogona -Wyobraźcie sobie, jak skończymy naszą mapę, nie będziemy potrzebowali peleryny niewidki -pocieszył się wypuszczając kolejną żabę, tym razem jej nie okaleczając. Luniak westchnął.
          -Może i nie, ale dziś to aż się prosisz o szlaban, Ob już z pewnością wszystkim rozgadał, że kupiłeś od niego resztę żab, jak się jutro wszyscy obudzą, a po Hogwarcie dalej będą biegać dziesiątki...
          -Sto sześćdziesiąt osiem to więcej niż dziesiątki -poprawił go Potter wypuszczając kolejną.
          -To wcale nie poprawia twojej sytuacji -Remus przyświecił sobie bliżej różdżką by dokładniej przyjrzeć się mapie.
          -Jeszcze kiedyś zatęsknię za szlabanem, a teraz lepiej nam pomóż wypuszczać to dziadostwo bo jak ktoś będzie koło nas przechodzić to na nic nam peleryna niewidka przy tym rżeniu i miauczeniu, a coś czuję, że nie chcesz spędzić szlabanu razem ze mną -skarcił go James, na co niestety Remus musiał przyznać mu rację. Zwinął mapę i zabrał się za rozpakowywanie żab.
          Rozpuścili Czekoladowe Żaby po korytarzach, kilka trafiło do kuchni gdzie w zamian wzięli sobie po lukrowanej babeczce zrobionej na jutrzejsze śniadanie, spora część rżących intruzów trafiła do Wielkiej Sali, pokoju nauczycielskiego i do gabinetu Filcha, gdzie wpuścili je przez klapkę w drzwiach dla pani Norris.
          -Wydaje się wszystko ok, chyba możemy już spokojnie pójść wypuszczać żaby wyżej -stwierdził Lupin zwijając mapę po kolejnych oględzinach, tym razem schował ją do rękawa.
          -To tylko jeszcze jedna tu -mruknął Syriusz delikatnie naciskając klamkę gabinetu dyrektorskiego -Zamknięte -stwierdził zdziwiony i uniósł jedna brew do góry szarpiąc drzwi gwałtowniej -Dziwne, zawsze było otwarte.
          Na parterze znajdował się mały, oficjalny gabinet dyrektorski, jednak profesor Dumbledore raczej z niego nie korzystał, dużo bardziej wolał ten w swojej wieży. Dlatego pomieszczenie do którego właśnie próbowali dostać się huncwoci zwykle stało puste, a po latach nieużytkowalności bardziej przypominało rupieciarnie niż gabinet.
          -Alochomora -różdżka Łapy poszła w ruch. Wszyscy milczeli w skupieniu, tylko z ich kieszeni i toreb które ze sobą nieśli wydobywały się jakiekolwiek dźwięki -I nic -znowu nacisnął klamkę, bezskutecznie.
          -Emancipare -tym razem do akcji wkroczył Luniak, znał dużo więcej zaklęć, był tym jedynym z huncwotów któremu chciało się uczyć -Liberare -próbował, ciągle bezskutecznie.
          -Może po prostu coś zatkało zamek, Irytek pewnie napchał tam gumy, dajmy sobie spokój, chodźmy -Peterowi drżał głos. Najzwyczajniej w świecie się bał i wolał znaleźć się już w swoim łóżku niż dowiedzieć się co takiego kryło się w gabinecie, że ktoś zabezpieczył je porządnym zaklęciem.
          -Waddiwasi -wypowiedział Remus na wypadek gdyby Glizdogon miał rację. Pochylił się zerkając prosto w zamek.
          Księżyc był już po pełni, ale wciąż świecił jasno, cudem było że nie przysłoniły go chmury, kiepska pogoda dalej się utrzymywała zasnuwając całe niebo paskudną aurą jednak w tej chwili swoje pięć minut miała tarcza księżyca. Odbite światło wdzierało się przez okno do gabinetu dyrektorskiego oświetlając pomieszczenie. Z biurka na którym leżały góry papierzysk zniknęło wszystko, w zastępstwie postawiono coś innego.
          -Dziwne -markotał Luniak przyciskając oko do dziurki od klucza.
          -Co widzisz? -w przeciwieństwie do Petera który chciał jak najszybciej się stąd ewakuować, Syriusz i James jakby mogli wcisnęliby się do gabinetu przez zamek.
          -Na biurku stoi tylko pusta butelka po ognistej whisky, ale jakoś ciężko mi uwierzyć, że Dumbledore urządził sobie sobie tu melinę do popijania...
          Remus odsunął się od drzwi pozwalając przyjaciołom zerknąć do wnętrza. Czuł, że to niezbyt zgodne z regulaminem, ale bardzo był ciekaw dlaczego gabinet został tak skrupulatnie zabezpieczony. Próbował przypomnieć sobie inne zaklęcia które pomogłyby mu otworzyć te drzwi, ale czegokolwiek nie spróbował, okazywało się bezskuteczne. W końcu zaczęli rzucać hasłami z nadzieją, że może w ten sposób się uda.
          -Dumbledore swoją wieżę zabezpiecza zawsze hasłem z nazwą jakiś słodyczy -rzucił James wypuszczając kolejną Czekoladową Żabę, zaczynał się niecierpliwić.
          -W samym miodowym królestwie jest ich tyle, że moglibyśmy ciągiem wymieniać do rana... Czekoladowe kociołki, pieprzne diabełki, cytrynowe dropsy... -mimo wszystko spędzili kolejne pół godziny wymieniając wszystkie słodkości jakie przyszły im do głowy.
          -Cukrowe pióra deluxe, karaluchy w syropie... -Rogacz wstał, już nawet tyłek bolał go od siedzenia pod gabinetem -Chodźmy bo zaczynają mi się rozpuszczać te przeklęte Czekoladowe Żaby -warknął a zamek nagle chrząknął i drzwi uchyliły się trzeszcząc niemiłosiernie -Niemożliwe... Czekoladowe Żaby? Nikt nie powiedział Czekoladowe Żaby? -stali jak wryci nie mogąc uwierzyć, że nikt, zupełnie nikt, mając dookoła dziesiątki żab nie wypowiedział ich nazwy ani razu.
          Weszli do środka na palcach, powoli, jakby w środku miał kryć się co najmniej bazyliszek. Ich różdżki zabłysły rozświetlając pomieszczenie, księżyc niestety zasłały już chmury. Jak już Remus zdarzył zauważyć, na biurku stała pusta butelka, wszystko inne poza nią wywędrowało na podłogę, nic więcej się nie zmieniło.
          -Liczyłem chociaż na jakąś skrzynkę whisky, czy coś... -mruknął Syriusz przekładając papiery z kupki na kupkę -A tu tylko pusta butelka, zamknięta jak jakiś eksponat w muzeum...
          Peter podszedł do biurka przyglądając się mu z ulgą, nikt nawet nie starł z niego kurzu, cóż może Dumbledore rzeczywiście lubił sobie wypić potajemnie? Zaśmiał się pod nosem. Gdy próbowali odblokować drzwi wymyślał najprzeróżniejsze tragiczne scenariusze, a tu głupia pusta butelka i nic więcej... Sięgnął po nią ręką i nagle krzyknął czując jak całe ciało przeszywa mu ból, który koncentruje się na nieco poniżej lewego łokcia, szkło wypadło mu z ręki rozbijając się na podłodze. Szarpnął rękaw zrywając guzik. Ból był nie do zniesienia, jakby ktoś coś wypalał mu na ręce i wtedy zobaczył, był to znak w kształcie czaszki. Przez chwilę zalśnił czernią by następnie zamienić się w krwawą ranę. Peter zaczął szlochać przeraźliwie i na nic były uciszania reszty huncwotów. Czym prędzej zebrali go z podłogi i uciekli z gabinetu zatrzaskując głośno drzwi.