Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hogsmeade. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hogsmeade. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 marca 2016

11 Rozdział 'Hogwart Express i Znikający Nauczyciel'

          Rankiem Hogwart był przepełniony hukiem ciągniętych kufrów, gwarem podnieconych rozmów napakowanych świątecznymi życzeniami, uściskami oraz iście Bożonarodzeniową atmosferą. Zdecydowana większość uczniów wracała na święta do domu. I to właśnie dziś, za dosłownie parę godzin, przepełnione korytarze miały zalśnić pustkami by odetchnąć przez te kilka magicznych dni.
          Na peron w Hogsmeade, z którego miał odjechać Hogwart Express w stronę Londynu, uczniowie dostawali się na wielkich saniach sunących pomiędzy potężnymi zaspami. W tym roku pogoda była wyjątkowo hojna. Biały puch spowił całą Wielką Brytanię, a mróz przyjemnie trzeszczał pod butami iskrząc w promieniach słońca.
          Lily zeskoczyła z sani i z pomocą Dorcas ściągnęła swój przepełniony kufer. Odgarnęła z twarzy kilka niesfornych rudych kosmyków i z westchnieniem skierowała swoje spojrzenie na wspaniałości uśmiechające się do niej wprost z kiermaszu Bożonarodzeniowego.
          Kilkanaście małych drewnianych budek stało ciasno przy sobie oferując najznamienitsze czarodzieła świąteczne. Szczególnym zainteresowaniem darzyli je uczniowie do trzeciej klasy, którzy nie mogli jeszcze skorzystać z chociażby wczorajszego wyjścia do Hogsmeade. Nie bez powodu kiermasz zaczynał się właśnie dziś, gdy stacja w miasteczku była pełnia młodych czarodziejów.
          Lily ciągnąc z uporem swój kufer po śniegu zerkała na piękne ozdoby i pyszności nie mogąc nacieszyć oczu. Kiermasz miał trwać od dziś do Bożego Narodzenia włącznie, jak co roku i jak co roku Lily żałowała, że nie może poświęcić chociaż chwili więcej na jego dokładne obejście.
          - Och, nie mógłby on trwać od wczoraj?!
          - Daj spokój, wszystko to mogłaś wczoraj znaleźć w sklepach. Ciepłych, przytulnych sklepach... - odparła Mary z trudem radząc sobie z ciągnięciem swojego kufra.
          - Nie prawda! - zarzekła się Lily z otwartymi ustami oglądając ręcznie malowane, zaczarowane bombki na których po niebie leciały renifery ciągnąc sanie pełne prezentów.
          Mary w końcu poddała się i z naburmuszoną miną usiadła na swoim kufrze. Założyła nogę na nogę i po poprawieniu pomadki na ustach zaczęła rozglądać się wśród tłumu. Liczyła na pomoc jakiegoś dżentelmena, a właściwie to była wręcz oburzona, że jeszcze takowy się nie zgłosił.
          - Black! - krzyknęła trochę zbyt donośnie, gdy kolejne sanie zatrzymały się nieopodal, przywożąc na stację wszystkich huncwotów z parą krukonek - Chyba nie każesz się prosić, co? - dodała gdy wspomniana grupka już do niej dotarła. Po zrobieniu wielkich kocich oczu i posłaniu Syriuszowi jednego z najpiękniejszych uśmiechów, gdy ten westchnął wyciągając ręce gotowe do pomocy, wstała i dziarskim krokiem ruszyła do wagonów, tracąc całkowicie zainteresowanie swoim bagażem.
          Evans rzuciła jeszcze tylko jedno tęskne spojrzenie w kierunku kiermaszu chcąc zapamiętać ten piękny obrazek jak najdłużej i również ruszyła za przyjaciółką.
          Wchodząc do wybranego z dziewczynami przedziału usłyszała donośny śmiech Syriusza który pewnie nie tyle co żegnał się z przyjaciółmi na święta, a zastawiał psikusy co by uczniom podróż do domów nie upłynęła zbyt nudno. W tym harmiderze jednak coś jej nie pasowało, czegoś brakowało... Zmarszczyła brwi i nagle zdała sobie sprawę o co chodziło: Potter. Śmiech Blacka zawsze wtórował śmiechowi Jamesa. Dobrze widziała go gdy schodził z sani, a więc gdzie jest teraz? Czyżby iścił jakiś niecny plan? O nie! Co to, to nie! Nie pozwoli by spokojną podróż do domu zakłóciły jej pomysły tych dwóch wybryków natury! Jechała na święta z wielką radością, że w końcu odetchnie od tych bęcwałów!
          Wkurzona zarzuciła swój kufer na półkę w przedziale i wyjrzała na korytarz. Nie miała zamiaru spocząć póki go nie znajdzie i nie dopilnuje by opuścił pociąg z rękoma w górze!
          - A gdzie zgubiłeś Jamesa?
          Syriusz zmarszczył nos udając, że się zawzięcie zastanawia.
          - Hm, chciałaś się z nim tkliwie pożegnać? - uśmiechnął się szelmowsko opierając się o drzwiczki przedziału.
          - Nie żartuj sobie ze mnie, tylko mów gdzie on jest - dodała stanowczo, zakładając ręce na piersi.
          Syriusz westchnął zrezygnowany i pomachał do kilku wymijających ich dziewczyn.
          - Ostatnio widziałem go na peronie, czule żegnał się z Marleną - posłał jej kąśliwy uśmieszek i ruszył do przedziału w którym zadomowili się Peter z Remusem.
          Lily pośpiesznym krokiem podeszłą do najbliższego okna wychodzącego na stację i wystawiła głowę. Ku jej zdziwieniu rzeczywiście tam stał, a obok rzeczywiście stała Marlena. Z ulga stwierdziła, że nie było to tak czułe pożegnanie jakie sobie wyobraziła przy słowach Syriusza. Z ulgą? Wzdrygnęła się. Potter był jej całkowicie obojętny, po prostu zdecydowanie nie był to facet który potrafiłby być czuły, a już na pewno nie był to facet nadający się na jakikolwiek związek. Dlatego z lekkim niesmakiem patrzyła na jego relacje z Marleną. Dobrze wiedziała jak to się skończy, w końcu mu się znudzi i zostawi ją bez skrupułów. Właściwie to Lily była aż zdziwiona, że to wszystko tyle trwa. Nie miała pojęcia co ta krukonka w nim widziała, naprawdę liczyła, że Potter zostanie jej wierny?
          W pewnym momencie jej spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem Jamesa, a speszona faktem, że przyłapał ja na podglądaniu natychmiastowo cofnęła głowę boleśnie uderzając brodą w ramę okna.
          - Wolne? - spytała jakaś dziewczynka stając w drzwiach przedziału, z kufrem większym od niej samej.
          - Tak, tak... - odparła pospiesznie Lily i czując jak krew wzbierająca jej w policzkach ze wstydu, wróciła do swojego przedziału.
          Pełną równowagę i spokój odzyskała dopiero, gdy pociąg ruszył. Miarowy stukot wypełnił ją przyjemnym, ciepłym uczuciem, a krajobraz przewijający się za oknem przywołał na jej usta uśmiech. Nie mogła się doczekać spotkania z rodziną, bardzo za nimi tęskniła, nawet za swoją siostrą Petunią która raczej nie odwzajemniała tego uczucia. Lily przy każdym powrocie miała nadzieje, że ich stosunki się naprawią, że rozłąka, tęsknota i może ta magiczna świąteczna atmosfera w końcu poruszą skamieniałe serce jej siostry, niestety, jak do tej pory, nic się nie zmieniło. Może tym razem?
          - ... Wyobrażacie sobie? Sylwester w Hogwarcie! - te ostatnie trzy słowa wyrwały Evans z rozmyślań. Odwróciła zdumioną twarz w stronę swoich przyjaciółek. Och, pewnie mówią o Sylwestrze chłopców... Owszem oni spędzą go w Hogwarcie, ale one...
          - Lily, a ty co włożysz?
          - Ja? - zacięła się - Ale chyba nie myślicie, że wrócimy na Sylwester do Hogwartu... - dodała w końcu, licząc, że przyjaciółki rozwieją jej wątpliwości.
          - A o czym my gadamy od piętnastu minut?! Lily! No pewnie, że wrócimy! Miałybyśmy przegapić Sylwester w Hogwarcie? I to jeszcze organizowanego przez huncwotów?! - Dorcas aż wstała emanując emocjami. Mary pokiwała entuzjastycznie głowa z wielkim uśmiechem na ustach, a Emmelina zarumieniła się skubiąc róg swojego płaszcza.
          - Ale... 
          - Żadne ale! To już postanowione! - Dorcas usiadła rozradowana i uniosła nos do góry - Nie martw się, pewnie do tego czasu James i Marlena to będzie już przeszłość - dodała zdawkowo ściszonym i przemądrzałym tonem.
          - Co?! - wzburzyła się Lily - A co to ma w ogóle do rzeczy! - poczuła, że jej policzki znowu robią się czerwone. I uszy. I nos też.
          - Och, daj spokój Lily! - tym razem wtrąciła się Mary - Od kiedy zaproponował ci tę randkę przyczepił się do ciebie jak rzep do psiego ogona!
          - Że co proszę?!
          - A może nie? Tylko prawda jest taka, że w końcu trafiła mu się sztuka totalnie odporna na jego końskie zaloty, których skutkiem zamiast randki stał się topór wojenny.
          - Kto się czubi ten się lubi - dodała Mary ze swoim uroczym uśmiechem.
          - Przecież on ma dziewczynę! - wybuchnęła Lily.
          - No właśnie! - wybuchnęła jeszcze głośniej Dorcas - Widziałaś ich kiedyś we dwoje? Czy tak zachowuje się zadurzony Potter? Zauważyłaś JAK DŁUGO są razem? Jak dla mnie, to on ma totalną depresję, a ta Marlena to tylko przykrywka - dodała kiwając sobie głową z uznaniem.
          - Depresję? - prychnęła Lily. Ktoś taki jak James, ten przemądrzały, cyniczny zadufany w sobie James Potter, miałby mieć depresję?! - I to jeszcze może moja wina?! Bo mu odmówiłam randki?! A to niech sobie ma tę depresję! Może w końcu zauważy, że nie jest pępkiem świata! - odwróciła się urażona do okna.
          - Nie chodzi tu tylko o... ciebie Lily. Zapomniałaś co mu się ostatnio przydarzyło? - dodała ściszonym głosem Emm, ciągle skubiąc róg swojego płaszcza.
          Lily zacisnęła zęby. Poczuła żal w głosie Vance, co obruszyło ją jeszcze bardziej.
          - Marlena była wcześniej...
          - Tak, była wcześniej, ale podejrzewam, że gdyby nie ten wypadek, już dawno byłoby i po niej. Poza tym, są ze sobą od balu, a to na balu James wywróżył sobie ponuraka. Ty się wtedy na niego potężnie wkurzyłaś za Severusa, Marlena się do niego przyczepiła, no i koniec końców... - Dorcas westchnęła ciężko.
          - Lily - Mary położyła jej dłoń na kolanie - Przede wszystkim się nie denerwuj, po prostu stwierdziłyśmy że Potter się w tobie zadurzył, po co się tak wkurzać? Powinnaś się cieszyć, jeden z najbardziej rozchwytywanych chłopaków ma na ciebie oko - uśmiechnęła się.
          - A kto dopiero podśmiewał się 'kto się czubi, ten się lubi?' - skarciła ją spojrzeniem chociaż powoli się uspokajała - Niech on sobie czuje do mnie co chce, ale wiedzcie, że jest ostatnim chłopakiem na którego spojrzałabym 'w ten sposób'. Poza tym, miałabym się cieszyć, że 'ktoś taki jak James' ma na mnie oko? Proszę was... Ta cała jego sława i szum jaki wokół siebie robi jest żenujący... Nie mówcie, że to na was działa... - prychnęła znowu odwracając się do okna.
          Zaczęła jednak zastanawiać się nad słowami Emm. Co właściwie wtedy wydarzyło się w lesie i czy James rzeczywiście nic nie pamięta? Co w takim razie powiedział Rosierowi? Przypomniała sobie sen i martwe spojrzenie chłopaka, a przez jej ciało przeszedł dreszcz. Skarciła się w myślach - to prawda, że ubrała Pottera w kilka cech, w otoczkę jednego wielkiego stereotypu zadufanego w sobie chłoptasia. A przecież kto jak nie on - najbardziej odczuwa stratę T-Rexa, kto jak nie on - najbardziej głowi się nad wydarzeniami w Zakazanym Lesie. Może nie widać tego na pierwszy rzut oka, może rzeczywiście on to wszystko ukrywa? Oczywiście nie zmienia to faktu, że dalej jest zadufanym w sobie bucem... Tyle że - nie tylko...
* * *
          Remus zamknął notatnik pełen jego własnoręcznych notatek dotyczących krzyżówek wszelakich smoków. Zbliżali się już do przedmieść Londynu i stwierdził, że to najwyższy czas by dać sobie spokój z nauką. Zerknął na drzemiącego Petera i uśmiechnął się pod nosem. Chyba jeszcze nigdy nie jechał pociągiem Hogwart Express w takiej ciszy i spokoju.
          Ściągnął odznakę prefekta, przetarł ją wierzchem rękawa i schował do torby. Najbliższe dni chciał spędzić z dala od jakichkolwiek obowiązków. Obowiązków i wyrzutów sumienia... Bycie prefektem jest potężnym wyzwaniem, szczególnie gdy za przyjaciół ma się największych rozrabiaków w szkole... Na szczęście i od ich kawałów mógł w końcu odpocząć.
          Odetchnął głęboko i skupił swe spojrzenie na migoczącym, zimowym krajobrazie za oknem. Nie mógł się doczekać, aż zobaczy swoja rodzinę i... Zaraz. Co to?
          Przez szparę pod drzwiami do przedziału wpadła różowa koperta. Remus schylił się po nią, podniósł ją i obejrzał dookoła nim zdecydował się na spojrzenie do środka. Gdy wyciągał kartkę ze środka, która okazała się jakimś zaproszeniem, przez szparę wpadła kolejna koperta, tym razem niebieska. I kolejna, zielona. I kolejna, czerwona... I żółta, i fioletowa, i znowu niebieska... Zaczęły wpadać jedna po drugiej. Po krzykach, Lupin domyślił się, że nie tylko on ma problem z falą zaproszeń zalewającą jego przedział.
          - Peter! - Luniak szturchnął Glizdogona i wstał próbując przepchać się przez prąd kopertowy.
          Nim zdołał przebić się do drzwi, ich przedział był już pełen po brzegi kolorowych zaproszeń. Na szczęście, gdy tylko je otworzył, szturm ustał.
          Na korytarz wysypali się uczniowie i setki kopert. Początkowy szok i panika powoli zaczęły zamieniać się w okrzyki zachwytu i podniecone rozmowy.
          Czując kto mógł być za to odpowiedzialny sięgnął po jedną z kopert i wyciągnął zaproszenie, które natychmiast opluło go potężną ilością brokatu. Tak. Zaproszenie na Sylwestra w Hogwarcie.
* * *
          Był późny wieczór, ale ani James, ani Syriusz nie mięli ochoty kłaść się spać. Opustoszały zamek zdawał się im jeszcze bardziej kuszący niż kiedykolwiek. Szczególnie teraz, gdy Mapa Huncwotów posiadała już kilka pięter, a pustki na korytarzach były wręcz namacalne.
          Usiedli razem przed kominkiem w pokoju wspólnym i racząc się wszystkimi możliwymi słodyczami jakie zdobyli poprzedniego dnia w Miodowym Królestwie, przyglądali się magicznemu pergaminowi śledząc każdą parę stóp z zafascynowaniem.
          - Mówiłem, że zmniejszą patrole... - wyszeptał Łapa rozkręcając kolejną czekoladkę - Pewnie nie wytrzymają nawet do północy.
          - Miałem nadzieję, że Evanesrunt wyjedzie na święta gdzie pieprz rośnie - skomentował James, palcem wskazując profesora krążącego po swoim pokoju na drugim piętrze.
          - Lily widziała go w dzień meczu jak wychodził z gabinetu madame Hooch... Dam sobie uciąć rękę, że to on pomógł Sam Wiesz Komu...
          James zrezygnował z kolejnego łakocia. Od nadmiaru słodyczy zaczynało go mdlić, Igitur i wspomnienie tamtego dnia aby spotęgowały to uczucie.
          - Co jest... - obaj pochylili się głębiej nad mapa uderzając się przy tym głowami. Nie zwrócili jednak na to uwagi. Na mapie imię i nazwisko profesora Evanescunta nagle zaczęło znikać, aż po chwili ślad po nim zaginął - Niemożliwe... Teleportował się?
          - Z Hogwartu? Nie ma takiej opcji...
          - Nawet nie ma tam kominka... Mapa się zepsuła?
          - Remus zarzekał się, że mapa się nie pomyli - James wstał ze spojrzeniem utkwionym w punkt w którym jeszcze przed chwilą był ślad Igitura - Jest tylko jeden sposób by to sprawdzić. Zaraz wracam z peleryną.
* * *
          Rogacz jeszcze raz spojrzał na obrys gabinetu Evanescunta na mapie i upewniwszy się, że dalej było tam puste pole uderzył w kawałek pergaminu różdżką i wypowiedział znamienite 'Koniec psot'.
          Stali właśnie z Syriuszem przed wielkimi dębowymi drzwiami, spowici w delikatny materiał peleryny niewidki. Cisza panująca w zamku sprawiła, że byli wyczuleni na najmniejszy szmer. Potter przyłożył ucho do drzwi i pewny, że słyszy całkowite 'nic', skinął na Łapę.
          - Alohomora... - minęła chwila niecierpliwości jednak wrota nie ustąpiły - Ech, gdyby był tu Remus... - Black przygryzł wargę zastanawiając się - Emancipare.
          'Klik' wydawał się rozdźwięczyć po całym Hogwarcie. Chłopcy wstrzymali oddechy czując jak wraz z otwieranymi drzwiami rośnie im gęsia skórka na całym ciele.
          Gabinet profesora był pusty. Spowijała go ciemność rozganiana jedynie przez zasłonięty mgłą księżyc. Wkroczyli do środka rozglądając się uważnie. Mapa się nie myliła. Profesora tam nie było, ale w takim razie, co się z nim stało?
          - Śniła mi się raz - stwierdził szeptem Potter wskazując na górującą w całym pomieszczeniu szafę Evanescunta. Widział ją już i w Proroku Niecodziennym i na korytarzu gdy Igitur przyjechał z nią do Hogwartu. Coś w niej go jednak teraz niepokoiło, jak nigdy wcześniej, ale to pewnie przez wzgląd na wspomniany sen i okoliczności w jakich teraz się znajdowali.
          - Śniła ci się jego szafa? Co ty bierzesz... - Black parsknąłby śmiechem, ale Potter zdołał zdusić jego radość w zarodku, dając mu cios z łokcia w bok.
          Uchylił jej drzwi i zajrzał do środka. Przez chwilę czuł nawet obawę, że wyskoczy z niej bogin, nic jednak takiego się nie wydarzyło, była pusta, zupełnie pusta, tak jak w jego koszmarze.
          - Po co ją przywiózł skoro nic w niej nie trzyma... - skwitował James.
          Obeszli cały gabinet dookoła. Nie było w nim jednak nic nadzwyczajnego. Kilka jakichś nudnych książek i rzeczy osobistych równie zdziwaczałych co ich właściciel. Najważniejsze było jednak to, że z pewnością w środku nie było profesora.
          Zrezygnowani i znudzeni szukaniem nie wiadomo czego, wyszli z gabinetu i zamykając za sobą drzwi znowu dobyli Mapy Huncwotów.
          - Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego... - zachwyt spowodowany pokazującymi się na pergaminie zarysami pięter oraz nazwiskami aktualnych bywalców w Hogwarcie przerwał głuchy łomot w gabinecie z którego dopiero wyszli. W tym samym czasie na mapie ukazało się drugie piętro, pokój Igitura, a w nim... Sam Igitur.
          Pomimo peleryny niewidki zarzuconej na plecy, słysząc pospieszne kroki zmierzające zdecydowanie w stronę drzwi, ruszyli pędem przed siebie. Pognali piętro wyżej i nie zastanawiając się długo, schronili się w tajnym przejściu do Hogsmeade, skrytym za Posągiem Jednookiej Wiedźmy.
          - To niemożliwe! - James ściągnął gwałtownym ruchem pelerynę i dysząc ciężko oparł się o ścianę.
          - Mi to mówisz? - Syriusz rozłożył mapę i pospiesznie odnalazł nazwisko Evanescunta. Na szczęście widniało dalej w jego gabinecie - Musiał się teleportować! Nie widzę żadnego innego logicznego wytłumaczenia...
          Siedzieli przez chwilę w ciszy, uspokajając oddechy. W końcu James spojrzał w głąb korytarza prowadzącego do magicznego miasteczka i coś go tchnęło...
          - Łapa... Myślisz, że on dalej tam jest? Mówię o Zniczu, w Zakazanym Lesie?
          - No... Jest taka opcja, o ile nie zniszczył go Sam Wiesz Kto, albo ktoś go po prostu nie znalazł... Ale co to ma do tego?
          - Jak pójdziemy teraz do Dumbledore'a i powiemy mu, że Evanescunt znika ze swojego gabinetu, za nic w świecie nam nie uwierzy. Jak powiemy, że to on zaczarował Złoty Znicz i że włamał się do gabinetu Hooch, też nam nie uwierzy. Nie uwierzy nam, ale Zniczowi? Przecież to magiczna piłka! Pamiętasz jak na ostatnich mistrzostwach ktoś rzucił na Złoty Znicz Flagrante? Da się z niej sczytać ostatnie zaklęcie i zaklinającego, jak z różdżki! Gdyby udało nam się go odnaleźć...
          - Myślisz, że Evanescunt nie zatarłby po sobie śladów?
          - Przybył dopiero z Dumbledorem. Ktoś albo zrobił to wcześniej, albo nie zrobił tego wcale. Albus mówił, że Znicza nie odnaleziono, ale...
          - Sam Dumbledore go nie znalazł, a ty chcesz? - Syriusz założył ręce na piersi i westchnął głęboko - Dobra, jeżeli istnieje jakakolwiek szansa żeby załatwić tego przeklętego Evanesrunta, to wchodzę w to. Zresztą, co mamy ciekawszego do roboty?

niedziela, 28 lutego 2016

10 Rozdział 'Śnieżyca, Psikusy i Przepychanki'

          Tego dnia to Syriusz Black był pierwszy pod drzwiami sali w której miały odbyć się zajęcia z profesorem Slughornem. Nie jeden czarodziej złapałby się za głowę widząc ten niecodzienny widok: Łapa? Wstał z samego rana? Nie spóźnił się na zajęcia, ba, przyszedł pierwszy? Zdecydowanie coś tu śmierdziało...
          Założył dumnie ręce na piersi i z szerokim uśmiechem witał zbierających się powoli innych uczniów. W końcu dołączyli do niego Peter, który za nic w świecie nie zdecydowałby się na wcześniejsze wyjście z łóżka, czy też opuszczenie Wielkiej Sali pełnej śniadaniowych smakołyków, Remus, czekający aż poranna poczta dostarczy mu długo wyczekiwany szal i czapkę, które obiecała przesłać mu mama, gdy jej syn ugiął się pod swoim honorem i przyznał, że zima okazała się bardziej mroźna niż się spodziewał, oraz James który po śniadaniu musiał zgłosić się na kontrolę do Skrzydła Szpitalnego.
          – Wcale nie wyglądasz podejrzanie – skwitował przyjaciela Remus. Poprawił sobie torbę na ramieniu i z lekkimi wyrzutami sumienia spojrzał na potężne, drewniane drzwi od sali.
          Był dziś ostatni dzień nauki przed Świętami Bożonarodzeniowymi. Po południu miała odbyć się wycieczka do Hogsmeade, a większość kufrów czekała popakowana, bo Hogwart Express już jutro rano miał zabrać uczniów do Londynu. Tak więc, niecierpliwi Huncwoci postanowili przyspieszyć przerwę świąteczną, chociażby o ten jeden, zwykły dzień.
          – Witam, witam wszystkich, moi kochani! – poczciwy profesor Slughorn pociągnął nosem. Pod pachą tachał opasłą grubą księgę, a w ręce trzymał czerwony kubek z parującą, gorącą herbatą – Czy tylko mi dziś tak zimno? – zagaił z uśmiechem. Uwielbiał swoje zajęcia i uwielbiał licznie zgromadzonych na nich uczniów. Lekko ściągnął brwi i przekrzywił głowę, gdy jego oczy dopatrzyły twarze, które rzadko spotyka się o tej porze pod tymi drzwiami. Trochę wytrącony z równowagi zerknął na swój stary zegarek. Czy to on się spóźnił? Czy oni przyszli wcześniej? – O, widzę, że wszystkich dopadła świąteczna atmosfera. Miły to prezent, widzieć tu wszystkich punktualnie – pokiwał głową i po chwili milczenia stuknął różdżką w mosiężną klamkę.
          Czuć było lekki opór nim drzwi w końcu ustąpiły i otworzyły się przed profesorem na oścież.
          – A to ci dopiero... – mruknął jeszcze bardziej zdezorientowany Horacy.
          Zamiast wielkiej, trochę zagraconej sali, którą tak bardzo uwielbiał, dostrzegł nic innego, a...  Ścianę śniegu.
          – Czyżbym zapomniał zamknąć okna? Nie... Jestem prawie pewny... Prawie, och... – podrapał się po głowie i odwrócił się zakłopotany w stronę uczniów – Cóż, obawiam się, że odśnieżenie i... Odmrożenie sali może zbyt długo potrwać... A więc...
          Syriusz już w myślach odtańczył swój taniec radości i przybił piątkę ze wszystkimi dookoła. Efekt nocnej śnieżycy i wycieczki huncwotów skrzętnie schowanych pod peleryną niewidką, przerósł jego najśmielsze oczekiwania. Trochę obawiał się, że ilości śniegu jakie wpadną przez okna, które tak pieczołowicie otwierali przez pół nocy, okażą się zbyt małe, albo wiatr pozatrzaskuje okiennice. Tymczasem sala od eliksirów została zasypana po sufit, co może oznaczać tylko i wyłącznie, że...
          – Przeniesiemy się do innej sali... – odparł bezradny profesor.
          – Nie, nie, nie... – zaczął mamrotać Syriusz – To znaczy... Tam są nasze kociołki, wszystkie potrzebne przedmioty i... te no, jak to się mówi...Składniki!
          – Dobrze pan mówi, panie.. Panie Black, tak – nadzieja znowu powróciła, chociaż Łapę za bardzo niepokoiło skupienie profesora i jego zamyślone skubanie się po brodzie.
          – Och, no dobrze! A taki świetny eliksir chciałem dziś z wami uwarzyć... Zawsze robiłem go przed świętami, tak mi się z nimi kojarzy... Odrobimy zajęcia w innym terminie! No już! Uciekajcie! Życzę wszystkim Wesołych Świąt! – Horacy zabrał się za składanie życzeń, ale już nie wielu go słuchało.
* * *
          Dziwnym trafem śnieg zasypał większość sal lekcyjnych, w tym wszystkie w których miał mieć zajęcia piąty rocznik. Mimo wszystko jeszcze bardziej zaskakujący okazał się fakt, że nikt nie rzucał żadnych podejrzeń, ba, nikt nawet nie szukał winnych. Wszystko za sprawą przypadku, który tak rzadko ratował tyłki huncwotom, prędzej pakował ich w kłopoty, ale jak widać zbliżające się święta nawet przypadki wprowadziły w bardziej magiczny nastrój.
          Otóż, nocą Hogwart nawiedziła bardzo gwałtowna śnieżyca, która prócz zasiania genialnego pomysłu w głowach chłopaków, jakimś cudem otworzyła również okno gabinetu profesora Dumbledore'a i wdarła się do środka. Ponieważ gabinet dyrektora uchodził za najlepiej strzeżony i Albus był pewny, że prócz śniegu nie odwiedził go nocą nikt inny, z góry założył, że ten sam pech spotkał kilka innych sal w Hogwarcie. Także jedynymi osobami, które na tym wszystkim ucierpiały byli: woźny Filch, który po nauczycielskiej interwencji musiał doprowadzić sale do porządku, oraz gajowy Hagrid, który mimo, że był kiepskim majstrem, został poproszony o zrobienie kontroli okien i poprawienie zamków by taka sytuacja przy kolejnej śnieżycy się nie powtórzyła.
          Tak więc, większość zajęć została odwołana, co uczniowie postanowili uczcić zabawą w śniegu z wybawczej śnieżycy. Wybrano jednak błonie, a nie zasypane sale lekcyjne, by nie podpaść poirytowanym odśnieżaniem nauczycielom. Mało kto miał ochotę na szlaban, szczególnie że tego dnia miało odbyć się wyjście do Hogsmeade. Huncwoci jednak pluli sobie w brody, że nie wpadli na to by otworzyć okna także w Wielkiej Sali, to by była dopiero zabawa!
* * *
          Syriusz wyjrzał przez dziurę którą wydłubał różdżką w śnieżnym murze. Nie na wiele zdały się jego starania, bo celny rzut Remusa z bazy naprzeciwko natychmiast zalepił jego mozolnie rzeźbiony otwór.
          – Sprawdziłby się w Quidditchu – podsumował go Black po czym wystrzelił we wroga serię śnieżek ręcznie lepionych przez Pottera.
          Nim ten zdążył mu odpowiedzieć, z nieba spadł na nich ciemny kształt. Nie była to jednak żadna artyleria, a Szponek dzierżący w dziobie martwą mysz. Złożył ją przy kolanach Jamesa i po otrzymanym natychmiast pogłaskaniu po głowie, odleciał.
          Od czasu gdy zginął T-Rex jastrząb codziennie przynosił Potterowi jakieś martwe zwierzęta, czy też inne smakołyki, w jego mniemaniu oczywiście. Była to forma ptasiej troski jaką Szponek otoczył Rogacza. I chociaż James miał tylko problem co zrobić z takimi nietypowymi prezentami, był mu za nie mimo wszystko wdzięczny.
          – Chyba mam pomysł – odparł Potter podnosząc mysz za ogon na wysokość swojego wzroku. Poprawił okulary na nosie i wyjrzał zza muru. Zmarszczył brwi w zamyśleniu i uśmiechnął się kątem ust.
          Smark dalej siedział pod drzewem, niby na błoniach ze wszystkimi, ale jednak na uboczu. Nie dla niego były takie zabawy, właściwie to on chyba nie potrafił się nawet bawić, a już na pewno nie w takim towarzystwie. Usiadł pod dębem na brzegu błoni i jak to on, wyciągnął jakąś, w mniemaniu Jamesa, bardzo nudną książkę i czytał, od czasu do czasu zerkając na wygłupiających się uczniów.
          Potter ani myślał stracić takiej okazji. Oblepił zdechłą mysz śniegiem tworząc dość potężną kulę, dla pewności wzmocnił ją zaklęciem by nie rozpadła się w trakcie lotu i ufając swej celności zamachnął się potężnie, po czym rzucił celując wprost w zasępioną twarz Severusa.
          Do wykonania tak dalekiego rzutu musiał wstać, przez co wystawił się swoim przeciwnikom, ale widok jak śnieżka rozbryzguje się na głowie Smarkeusa wynagrodził mu wszystko, nawet cios jaki natychmiast dostał od Remusa, prosto w twarz. Siła z jaką oberwał pchnęła go do tyłu, gdzie czekał kolejny prezent. Lily Evans. Wpadli razem w zaspę, a całe zajście skwitował pisk Evansówny, która ostatnie na co miała ochotę, to na tarzanie się w śniegu, szczególnie z katarem który męczył ją już od kilku dni. Nie chciała się rozchorować, nie na święta!
          – Potter! – warknęła ściągając grubymi rękawicami warstwę śniegu z twarzy i rozwichrzone włosy.
          James otworzył najpierw jedno oko, a potem drugie. Urzeczony widokiem jaki właśnie rozpościerał się przed jego oczyma nie był w stanie wydusić ani słowa. Twarz Lily Evans, zaledwie kilka cali od jego: policzki zaróżowione od mrozu, czerwone usta które właśnie na niego krzyczały, błyszczące zielone oczy, tak zielone jak nigdy dotąd, płatki śniegu na jej rzęsach i w splątanych włosach które okalały jego całą przestrzeń widokową. Wyglądała tak pięknie, że nawet zaczerwieniony od kataru nos był chyba najcudowniejszym nosem jaki kiedykolwiek widział.
          – Potter! Czy mógłbyś w końcu ze mnie zejść? – spytała po raz wtóry, powoli tracąc cierpliwość. Jej policzki zaróżowiły się jeszcze bardziej, tym razem ze skrępowania.
          Posłusznie, chociaż bardzo niechętnie, wykonał polecenie i wyciągnął rękę w jej stronę. Z naburmuszoną miną skorzystała z pomocy, szybko się jednak od niego odsuwając.
          – Wybacz, lecę na ciebie, tak już mam – zagaił ze swoim szelmowskim uśmieszkiem.
          Lily przewróciła oczami i zabrała się za otrzepywanie ze śniegu. Och, dlaczego zawsze ją musi to spotykać!
          – Daruj sobie te teksty, Marlena by ci poprawiła serią śnieżek gdyby usłyszała te dwuznaczności – odparła. Już zdążyła zapomnieć jak to Potter nieudolnie próbował się z nią umówić by zaliczyć ją do swojej kolekcji dziewczyn, a ten teraz znowu sprzedaje jej jakąś tanią gadkę. Nie przywykła by chłopcy mówili do niej w ten sposób... By Potter mówił do niej w ten sposób. I chociaż w głębi duszy coś drgało jej ze szczęścia, że została zauważona, na zewnątrz było widać jedynie wielkie poirytowanie.
          – Rogacz! Prosto w baniak! To było piękne! – Syriusz poklepał bracha po plecach i pobiegł podniecać się do Remusa i Petera. James wiedział, że chodziło mu o jego celny strzał śnieżką z niespodzianką w Smarka, a nie cios Luniaka. Lily natomiast musiała nie zauważyć wcześniejszego zajścia bo pewnie okładałaby Pottera teraz pięściami, albo biegła w pospiechu do poszkodowanego Severusa z pomocą, a już na pewno nie byłaby taka miła jak, mimo poirytowania, była. Rogacz nie miał najmniejszego zamiaru wyprowadzać ją z błędu.
          – To co, może Kremowe Piwo w ramach zadośćuczynienia? Dziś wieczorem w Hogsmeade? Albo herbata? Czy co tam wolisz? – poprawił się przypominając sobie, że dziewczyny nie powinno się przecież zapraszać na piwo. Trochę kultury! I bycia dżentelmenem, pokracznym, ale zawsze!
          – Phy! – prychnęła automatycznie. Na wszelkie próby Jamesa zaproszenia ją na cokolwiek reagowała natychmiast jak na jakiś kiepski żart. Włączała się jej czerwona lampka z wielkim napisem: NIE! Już miała coś odpyskować i uciec pospiesznie, lecz ugryzła się w język i przywołując na twarz delikatny uśmiech odparła – Nic się nie stało, nie musisz mnie na nic zapraszać. A teraz pozwolisz, że udam się...Eee... Tam gdzie chciałam udać się wcześniej – właściwie to już zapomniała, gdzie szła nim wpadł na nią Potter, ale odwróciła się na pięcie i natychmiast ruszyła przed siebie. Byle dalej od niego.
          – Evans! – dogonił ją co skwitowała pełnym zniesmaczenia westchnięciem.
          – Co?! – spytała bliska wybuchnięcia, gdy zastąpił jej drogę i gapił się na nią bez słowa.
          – Bo... Cała jesteś z tyłu w śniegu – stwierdził i zabrał się za otrzepywanie jej – Wybacz, że klepie cię po tyłu, to z czystego przymusu, wcale nie robię tego dla przyjemności...
          – Potter! – krzyknęła odskakując na bok. Mimo wkurzenia wybuchnęła śmiechem – Głupi jesteś, naprawdę... – skwitowała i nie mogąc ściągnąć uśmiechu z twarzy odwróciła się pospiesznie i odeszła, odprowadzana pełnym zadowolenia spojrzeniem Jamesa.
* * *
          Gdy uczniowie wyruszyli do Hogsmeade śnieg znowu zaczął prószyć, a gdy doszli już do wioski rozpadało się na dobre. Mieszkańcy byli już w pełni przygotowani do świąt. Wszędzie były porozstawiane przyozdobione choinki, a każdy sklep i dom był obwieszony dekoracjami i lampkami. Chyba nigdzie indziej nie było tak czuć świątecznej atmosfery jak tu. Ciasno poustawiane chatki wręcz emanowały ciepłem i świętami, a w powietrzu unosił się zapach przypraw korzennych i dźwięk dzwoneczków.
          Peter wyjrzał przez oblodzone okienko sklepu Scrivenshafta, w którym Remus kupował swojej mamie pióro na Gwiazdkę. Pośród szyldów wielu sklepików dopatrzył Zonka, tam buszowali właśnie James z Syriuszem. Już ich sobie wyobrażał jak wychodzą obładowali torbami pełnymi psikusorzeczy. Wieczór zapowiadał się wyśmienicie, ale jutro... Nie chciał wracać do domu, wolałby zostać w zamku razem z Rogaczem i Łapą. Jeszcze nigdy nie spędził świąt w Hogwarcie i pewnie nawet by to tym nie pomyślał, gdyby nie list rodziców Jamesa, że ze względu na ostatnia sytuację będzie bezpieczniej jak spędzi on święta w szkole. Wtedy rozbudził się w Glizdogonie żal, żal i zazdrość. Bo dlaczego oni mogą spędzić je tu, a on nie... Już kilka razy zabierał się do napisania listu do rodziców, ale nie potrafił wymyślić żadnej wymówki na tyle poważnej i sensownej by osiągnąć to co chciał i nie zrobić przykrości rodzicom.
          – Już – odparł Luniak wkładając starannie spakowany prezent do papierowej torby – To co, do Trzech Mioteł?
          – Do Trzech Mioteł – Peter naciągnął na głowę wełnianą czapkę i pchnął drzwi.
          Śnieg sypał obficie i trzeszczał przyjemnie pod butami. Z upływem dnia mróz tężał coraz bardziej, więc wszyscy skumulowali się w gospodach i pubach, by chociaż trochę się rozgrzać.
          W Pubie pod Trzema Miotłami ruch był niesamowicie duży. Zdaniem wielu to właśnie tam sprzedawano najlepsze Kremowe Piwo w Hogsmeade. Drugim powodem dla którego tak wielu wybierało właśnie ten pub była młodziutka madame Rosmerta - właścicielka. Niezwykle urodziwa dziewczyna o wielkich zielonych oczach, długich lokach i perlistym śmiechu. Przejęła biznes po rodzicach zaledwie kilka lat temu, a dzięki swojej urodzie, otwartości, przyjaznym nastawieniu i niezwykle dużym poczuciu humoru, osiągnęła niemały sukces.
          Znalezienie stolika było więc nie małym wyzwaniem. Gdy Remus już stracił nadzieję dopatrzył Lily, Mary, Dorcas oraz Emm grzejące się Kremowym Piwem przy stole pod kominkiem.
          – Możemy się dosiąść? Chłopaki zaraz przyjdą, stawiam świąteczną drugą kolejkę – zaproponował.
          – M... – Evans o mało się nie zachłysnęła – Jasne, ale ja już dziękuję, to mi wystarczy.
          – A ja z przyjemnością! – Dorcas postawiła kufer z hukiem na stole i uśmiechnęła się szeroko rozciągając na twarzy wąsy z kremowego piwa. Gdyby ktoś jej nie znał i nie wiedział, że w tym napitku jest tyle alkoholu co i nic, mógłby pomyśleć, że jest już pijana. Cała Meadowes.
          – Co tam masz? – brwi Mary uniosły się do góry widząc wypchaną po brzegi torbę Luniaka – Prezenty, prezenty? Mogę pooglądać? Proooszem... – zrobiła kocie, błagalne oczy, chociaż dobrze wiedziała, że otrzyma pozwolenie.
          – James! Syriusz! Tutaj! – Dorcas wydarła się na cały pub. Nie było możliwości by jej nie usłyszeli. Peter jedynie pomyślał z przykrością, że na widok jego i Remusa nie zareagowała z takim entuzjazmem.
          Chłopcy pomachali im torbami od Zonka i dali znać, że przyjdą prosto od baru. Lupin również poszedł po Kremowe Piwo, a za nim potoczył się Peter. Na jego twarzy pojawiły się szkarłatne wypieki. Madame Rosmerta działała na niego jak paralizator. Język mu się plątał, w gardle zasychało. Doszczętnie zapominał co takiego chciał zamówić, prosił tylko w duchu by mógł powiedzieć jedynie 'to samo'.
          – Madame... Ależ dziś niesamowicie wyglądasz – Syriusz był w swoim żywiole, uwielbiał prawić komplementy pięknym kobietom.
          – Mmm... Te zielone oczy, w tym świetle światełek... Mógłbym się w nich zatracić – Potter wsparł się na barze i potargał sobie włosy z rozmarzonym uśmiechem.
          – Potter! – ni stąd, ni zowąd pojawiła się Marlena dając chłopakowi kuksańca w bok, uśmiechnęła się do Rosmerty która wybuchnęła perlistym śmiechem i zamówiła kremowe piwo.
          – To znaczy... Miałem na myśli... Takie zielone, świąteczne! Bardzo świątecznie wyglądają!
          – Tak właśnie myślałam – madame znowu się roześmiała – No to chłopcy, co wam podać?
          – On jest zajęty, ale ja, zawsze wolny – Black puścił jej oko przepychając Pottera na bok – Gdybyś zmieniła zdanie, to wiesz... – złapał się za serce.
          – Może dałoby się załatwić Grzany Miód z Korzeniami? Tak zimno na zewnątrz... – zagaił James.
          – I w sercu... Tak zimno... – na twarzy Syriusza pojawiła się wielka podkówka.
          Madame Rosmerta znowu wybuchnęła śmiechem. Uwielbiała tę dwójkę, rozśmieszała ją do łez. Rozejrzała się dookoła i w końcu przygryzła w zamyśleniu wargę.
          – Profesor Slughorn jest już wystarczająco podchmielony, nic nie zauważy... Madame Hooch siedzi na drugim końcu sali... Och, chłopcy, chłopcy... Jedną kolejeczkę i tylko dlatego, że tak was lubię... – zacmokała z uśmiechem.
          – Dla mnie cztery kremowe – wtrącił jeszcze Remus.
          – A dla ciebie, kochaneczku?
          Peter przez chwilę stał jak zamurowany, gapiąc się z otwartymi ustami.
          – To samo... Raz.
          Po chwili wszyscy siedzieli już przy stoliku pod kominkiem i zapijali się specjalnościami pubu. James z Syriuszem wyciągnęli część zawartości toreb od Zonka i zaczęli testować: Zamrażacze Oddechu, Gorące Śnieżynki, Charczące Glizdy, Mordoklejki Wyrwizęby, Kolorowe Dymki, Żelki Helowe, Brzydalobombki...
          – ... ale nla Sylwestlra przyjedlecie? Zlobimy największą implezę na świecie! Czlaicie, Sylwestel w Hoglwalcie! Tego nie molna plegapić! – podniecał się Black wypluwając kolejnego 'wyrwanego' zęba. Mordoklejki Wyrwizęby tylko z pozoru wyglądały jak zwykłe krówki. Gdy zaczynało się je jeść zaklejała się cała buzia, a z cukierka sączył się czerwony sok łudząco przypominający krew. W środku natomiast roiło się od gumowych zębów, które oczywiście nie były jadalne, a po wypluciu wyglądały jak prawdziwe, na dodatek całe we krwi. Mary wzdrygnęła się odwracając głowę.
          – Zobaczę – odparła Lily co natychmiast zarejestrował James. Wyglądała uroczo z wielkim kufrem Kremowego Piwa. Gdy je piła zasłaniało jej całą twarz, a wąsy jakie jej zostawiało natychmiast zlizywała językiem. Oczy jej się skrzyły, a od ciepła panującego w pubie poróżowiały jej policzki. Potter nie mógł pozbyć się jej widoku skąpanej w śniegu, resztę dnia go prześladował, ten chciał zapamiętać równie wytrwale.
          – Potter – drwiący głos odezwał się za jego plecami. Śmiechy przy stole ustały, a wszyscy odwrócili się w stronę mówiącego, którym był Evan Rosier. Zaraz za nim stał Blacke Mulciber, jego 'goryl' oraz Mortimer Avery, który z całej tej trójki wydawał się mieć najmniejszą ochotę na to spotkanie.
          – Widzę, że żałoba po twojej zapchlonej sowie już się skończyła, a podobno tak za nią rozpaczałeś – pokręcił z zażenowaniem głową – Wstydź się, nawet miesiąc nie minął – pociągnął nosem i wytarł niewidzialną łzę.
          Wzburzony James wstał odpychając na bok krzesło, zaraz za nim pojawił się Syriusz i Remus.
          – Wiesz co mówią? – kontynuował Evan – Że wystraszyłeś się w krzakach i sam ją udusiłeś myśląc, że to jakiś potwór – parsknął śmiechem. Kąt ust Blacke'a również uniósł się do góry w uśmiechu. Rogacz dobył różdżki na co Luniak złapał go za ramie. Wiedział, że Rosier chciał go sprowokować i wiedział również, że Jamesowi mało trzeba by to zrobić.
          – Podejrzewam, że sam to wymyśliłeś, aż tak ci się nudzi? – warknął w odpowiedzi Potter - Czego chcesz? Prócz podbudowania swojego wyliniałego ego...
          – Czego chcę? Chcę dowiedzieć się kto cię tak tam urządził, wiesz, chciałbym wiedzieć komu podziękować...
          Potter roześmiał się i założył ręce na piersi zbliżając się o krok do Rosiera.
          – Jakbyś wiedział kto... I dlaczego tam się ze mną spotkał... Pewnie zazdrościłbyś mi do końca życia... – odparł ściszonym głosem stając z nim twarzą w twarz.
          – Przekonajmy się... – Evan wykrzywił twarz w wściekłości.
          – James... – Remus bezskutecznie próbował obudzić w przyjacielu głos rozsądku.
          Potter przysunął się do Rosiera jeszcze bardziej.
          – Voldemort... – wypluł szeptem do jego ucha.
          – Jak śmiesz wymawiać jego imię! – Rosier pchnął go na stół. Kufle poprzewracały się, a grobowa cisza panująca przy poszkodowanym stole opanowała cały pub – To niemożliwe! Kłamiesz! – Evan wyciągnął różdżkę i wymierzył w Pottera.
          Nie trzeba było długo czekać na reakcję biesiadujących. Dwójka uczniów natychmiast została wyprowadzona, a zaraz za nią podążyła reszta zaangażowanych z madame Hooch i profesorem Slughornem na czele.
          – Co to za bójki! Nie macie za grosz kultury?! Tak zachowują się kapitanowie?! Panowie!
          – Och, madaaameee... – Horacy pociągnął nosem i chwiejnym krokiem podszedł do chłopaków klepiąc ich po plecach – To z pewnooością kieś nieporozumieeenie! Jak ja byłem młoddyyy...
          – Jeszcze tego mi brakowało... – Hooch złapała się za głowę, po czym wzięła profesora pod ramię, próbując utrzymać go jako tako w pionie – Minus dziesięć punktów dla Gryffindoru i Slytherinu! I oby mi to było ostatni raz!
          – A dla profesora Slughorna? – zażartował Syriusz natychmiast podnosząc ręce do góry w geście poddania.
          – Panie Black, proszę mnie nie prowokować! I wszyscy wracać do zamku, natychmiast! Potter, Rosier, wy zajmiecie się profesorem! – oddała go im pod ręce i po wymienieniu wrogich spojrzeń ruszyli w stronę Hogwartu pod czujnym okiem madame Rolandy Hooch.