Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hogwart Express. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hogwart Express. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 marca 2016

11 Rozdział 'Hogwart Express i Znikający Nauczyciel'

          Rankiem Hogwart był przepełniony hukiem ciągniętych kufrów, gwarem podnieconych rozmów napakowanych świątecznymi życzeniami, uściskami oraz iście Bożonarodzeniową atmosferą. Zdecydowana większość uczniów wracała na święta do domu. I to właśnie dziś, za dosłownie parę godzin, przepełnione korytarze miały zalśnić pustkami by odetchnąć przez te kilka magicznych dni.
          Na peron w Hogsmeade, z którego miał odjechać Hogwart Express w stronę Londynu, uczniowie dostawali się na wielkich saniach sunących pomiędzy potężnymi zaspami. W tym roku pogoda była wyjątkowo hojna. Biały puch spowił całą Wielką Brytanię, a mróz przyjemnie trzeszczał pod butami iskrząc w promieniach słońca.
          Lily zeskoczyła z sani i z pomocą Dorcas ściągnęła swój przepełniony kufer. Odgarnęła z twarzy kilka niesfornych rudych kosmyków i z westchnieniem skierowała swoje spojrzenie na wspaniałości uśmiechające się do niej wprost z kiermaszu Bożonarodzeniowego.
          Kilkanaście małych drewnianych budek stało ciasno przy sobie oferując najznamienitsze czarodzieła świąteczne. Szczególnym zainteresowaniem darzyli je uczniowie do trzeciej klasy, którzy nie mogli jeszcze skorzystać z chociażby wczorajszego wyjścia do Hogsmeade. Nie bez powodu kiermasz zaczynał się właśnie dziś, gdy stacja w miasteczku była pełnia młodych czarodziejów.
          Lily ciągnąc z uporem swój kufer po śniegu zerkała na piękne ozdoby i pyszności nie mogąc nacieszyć oczu. Kiermasz miał trwać od dziś do Bożego Narodzenia włącznie, jak co roku i jak co roku Lily żałowała, że nie może poświęcić chociaż chwili więcej na jego dokładne obejście.
          - Och, nie mógłby on trwać od wczoraj?!
          - Daj spokój, wszystko to mogłaś wczoraj znaleźć w sklepach. Ciepłych, przytulnych sklepach... - odparła Mary z trudem radząc sobie z ciągnięciem swojego kufra.
          - Nie prawda! - zarzekła się Lily z otwartymi ustami oglądając ręcznie malowane, zaczarowane bombki na których po niebie leciały renifery ciągnąc sanie pełne prezentów.
          Mary w końcu poddała się i z naburmuszoną miną usiadła na swoim kufrze. Założyła nogę na nogę i po poprawieniu pomadki na ustach zaczęła rozglądać się wśród tłumu. Liczyła na pomoc jakiegoś dżentelmena, a właściwie to była wręcz oburzona, że jeszcze takowy się nie zgłosił.
          - Black! - krzyknęła trochę zbyt donośnie, gdy kolejne sanie zatrzymały się nieopodal, przywożąc na stację wszystkich huncwotów z parą krukonek - Chyba nie każesz się prosić, co? - dodała gdy wspomniana grupka już do niej dotarła. Po zrobieniu wielkich kocich oczu i posłaniu Syriuszowi jednego z najpiękniejszych uśmiechów, gdy ten westchnął wyciągając ręce gotowe do pomocy, wstała i dziarskim krokiem ruszyła do wagonów, tracąc całkowicie zainteresowanie swoim bagażem.
          Evans rzuciła jeszcze tylko jedno tęskne spojrzenie w kierunku kiermaszu chcąc zapamiętać ten piękny obrazek jak najdłużej i również ruszyła za przyjaciółką.
          Wchodząc do wybranego z dziewczynami przedziału usłyszała donośny śmiech Syriusza który pewnie nie tyle co żegnał się z przyjaciółmi na święta, a zastawiał psikusy co by uczniom podróż do domów nie upłynęła zbyt nudno. W tym harmiderze jednak coś jej nie pasowało, czegoś brakowało... Zmarszczyła brwi i nagle zdała sobie sprawę o co chodziło: Potter. Śmiech Blacka zawsze wtórował śmiechowi Jamesa. Dobrze widziała go gdy schodził z sani, a więc gdzie jest teraz? Czyżby iścił jakiś niecny plan? O nie! Co to, to nie! Nie pozwoli by spokojną podróż do domu zakłóciły jej pomysły tych dwóch wybryków natury! Jechała na święta z wielką radością, że w końcu odetchnie od tych bęcwałów!
          Wkurzona zarzuciła swój kufer na półkę w przedziale i wyjrzała na korytarz. Nie miała zamiaru spocząć póki go nie znajdzie i nie dopilnuje by opuścił pociąg z rękoma w górze!
          - A gdzie zgubiłeś Jamesa?
          Syriusz zmarszczył nos udając, że się zawzięcie zastanawia.
          - Hm, chciałaś się z nim tkliwie pożegnać? - uśmiechnął się szelmowsko opierając się o drzwiczki przedziału.
          - Nie żartuj sobie ze mnie, tylko mów gdzie on jest - dodała stanowczo, zakładając ręce na piersi.
          Syriusz westchnął zrezygnowany i pomachał do kilku wymijających ich dziewczyn.
          - Ostatnio widziałem go na peronie, czule żegnał się z Marleną - posłał jej kąśliwy uśmieszek i ruszył do przedziału w którym zadomowili się Peter z Remusem.
          Lily pośpiesznym krokiem podeszłą do najbliższego okna wychodzącego na stację i wystawiła głowę. Ku jej zdziwieniu rzeczywiście tam stał, a obok rzeczywiście stała Marlena. Z ulga stwierdziła, że nie było to tak czułe pożegnanie jakie sobie wyobraziła przy słowach Syriusza. Z ulgą? Wzdrygnęła się. Potter był jej całkowicie obojętny, po prostu zdecydowanie nie był to facet który potrafiłby być czuły, a już na pewno nie był to facet nadający się na jakikolwiek związek. Dlatego z lekkim niesmakiem patrzyła na jego relacje z Marleną. Dobrze wiedziała jak to się skończy, w końcu mu się znudzi i zostawi ją bez skrupułów. Właściwie to Lily była aż zdziwiona, że to wszystko tyle trwa. Nie miała pojęcia co ta krukonka w nim widziała, naprawdę liczyła, że Potter zostanie jej wierny?
          W pewnym momencie jej spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem Jamesa, a speszona faktem, że przyłapał ja na podglądaniu natychmiastowo cofnęła głowę boleśnie uderzając brodą w ramę okna.
          - Wolne? - spytała jakaś dziewczynka stając w drzwiach przedziału, z kufrem większym od niej samej.
          - Tak, tak... - odparła pospiesznie Lily i czując jak krew wzbierająca jej w policzkach ze wstydu, wróciła do swojego przedziału.
          Pełną równowagę i spokój odzyskała dopiero, gdy pociąg ruszył. Miarowy stukot wypełnił ją przyjemnym, ciepłym uczuciem, a krajobraz przewijający się za oknem przywołał na jej usta uśmiech. Nie mogła się doczekać spotkania z rodziną, bardzo za nimi tęskniła, nawet za swoją siostrą Petunią która raczej nie odwzajemniała tego uczucia. Lily przy każdym powrocie miała nadzieje, że ich stosunki się naprawią, że rozłąka, tęsknota i może ta magiczna świąteczna atmosfera w końcu poruszą skamieniałe serce jej siostry, niestety, jak do tej pory, nic się nie zmieniło. Może tym razem?
          - ... Wyobrażacie sobie? Sylwester w Hogwarcie! - te ostatnie trzy słowa wyrwały Evans z rozmyślań. Odwróciła zdumioną twarz w stronę swoich przyjaciółek. Och, pewnie mówią o Sylwestrze chłopców... Owszem oni spędzą go w Hogwarcie, ale one...
          - Lily, a ty co włożysz?
          - Ja? - zacięła się - Ale chyba nie myślicie, że wrócimy na Sylwester do Hogwartu... - dodała w końcu, licząc, że przyjaciółki rozwieją jej wątpliwości.
          - A o czym my gadamy od piętnastu minut?! Lily! No pewnie, że wrócimy! Miałybyśmy przegapić Sylwester w Hogwarcie? I to jeszcze organizowanego przez huncwotów?! - Dorcas aż wstała emanując emocjami. Mary pokiwała entuzjastycznie głowa z wielkim uśmiechem na ustach, a Emmelina zarumieniła się skubiąc róg swojego płaszcza.
          - Ale... 
          - Żadne ale! To już postanowione! - Dorcas usiadła rozradowana i uniosła nos do góry - Nie martw się, pewnie do tego czasu James i Marlena to będzie już przeszłość - dodała zdawkowo ściszonym i przemądrzałym tonem.
          - Co?! - wzburzyła się Lily - A co to ma w ogóle do rzeczy! - poczuła, że jej policzki znowu robią się czerwone. I uszy. I nos też.
          - Och, daj spokój Lily! - tym razem wtrąciła się Mary - Od kiedy zaproponował ci tę randkę przyczepił się do ciebie jak rzep do psiego ogona!
          - Że co proszę?!
          - A może nie? Tylko prawda jest taka, że w końcu trafiła mu się sztuka totalnie odporna na jego końskie zaloty, których skutkiem zamiast randki stał się topór wojenny.
          - Kto się czubi ten się lubi - dodała Mary ze swoim uroczym uśmiechem.
          - Przecież on ma dziewczynę! - wybuchnęła Lily.
          - No właśnie! - wybuchnęła jeszcze głośniej Dorcas - Widziałaś ich kiedyś we dwoje? Czy tak zachowuje się zadurzony Potter? Zauważyłaś JAK DŁUGO są razem? Jak dla mnie, to on ma totalną depresję, a ta Marlena to tylko przykrywka - dodała kiwając sobie głową z uznaniem.
          - Depresję? - prychnęła Lily. Ktoś taki jak James, ten przemądrzały, cyniczny zadufany w sobie James Potter, miałby mieć depresję?! - I to jeszcze może moja wina?! Bo mu odmówiłam randki?! A to niech sobie ma tę depresję! Może w końcu zauważy, że nie jest pępkiem świata! - odwróciła się urażona do okna.
          - Nie chodzi tu tylko o... ciebie Lily. Zapomniałaś co mu się ostatnio przydarzyło? - dodała ściszonym głosem Emm, ciągle skubiąc róg swojego płaszcza.
          Lily zacisnęła zęby. Poczuła żal w głosie Vance, co obruszyło ją jeszcze bardziej.
          - Marlena była wcześniej...
          - Tak, była wcześniej, ale podejrzewam, że gdyby nie ten wypadek, już dawno byłoby i po niej. Poza tym, są ze sobą od balu, a to na balu James wywróżył sobie ponuraka. Ty się wtedy na niego potężnie wkurzyłaś za Severusa, Marlena się do niego przyczepiła, no i koniec końców... - Dorcas westchnęła ciężko.
          - Lily - Mary położyła jej dłoń na kolanie - Przede wszystkim się nie denerwuj, po prostu stwierdziłyśmy że Potter się w tobie zadurzył, po co się tak wkurzać? Powinnaś się cieszyć, jeden z najbardziej rozchwytywanych chłopaków ma na ciebie oko - uśmiechnęła się.
          - A kto dopiero podśmiewał się 'kto się czubi, ten się lubi?' - skarciła ją spojrzeniem chociaż powoli się uspokajała - Niech on sobie czuje do mnie co chce, ale wiedzcie, że jest ostatnim chłopakiem na którego spojrzałabym 'w ten sposób'. Poza tym, miałabym się cieszyć, że 'ktoś taki jak James' ma na mnie oko? Proszę was... Ta cała jego sława i szum jaki wokół siebie robi jest żenujący... Nie mówcie, że to na was działa... - prychnęła znowu odwracając się do okna.
          Zaczęła jednak zastanawiać się nad słowami Emm. Co właściwie wtedy wydarzyło się w lesie i czy James rzeczywiście nic nie pamięta? Co w takim razie powiedział Rosierowi? Przypomniała sobie sen i martwe spojrzenie chłopaka, a przez jej ciało przeszedł dreszcz. Skarciła się w myślach - to prawda, że ubrała Pottera w kilka cech, w otoczkę jednego wielkiego stereotypu zadufanego w sobie chłoptasia. A przecież kto jak nie on - najbardziej odczuwa stratę T-Rexa, kto jak nie on - najbardziej głowi się nad wydarzeniami w Zakazanym Lesie. Może nie widać tego na pierwszy rzut oka, może rzeczywiście on to wszystko ukrywa? Oczywiście nie zmienia to faktu, że dalej jest zadufanym w sobie bucem... Tyle że - nie tylko...
* * *
          Remus zamknął notatnik pełen jego własnoręcznych notatek dotyczących krzyżówek wszelakich smoków. Zbliżali się już do przedmieść Londynu i stwierdził, że to najwyższy czas by dać sobie spokój z nauką. Zerknął na drzemiącego Petera i uśmiechnął się pod nosem. Chyba jeszcze nigdy nie jechał pociągiem Hogwart Express w takiej ciszy i spokoju.
          Ściągnął odznakę prefekta, przetarł ją wierzchem rękawa i schował do torby. Najbliższe dni chciał spędzić z dala od jakichkolwiek obowiązków. Obowiązków i wyrzutów sumienia... Bycie prefektem jest potężnym wyzwaniem, szczególnie gdy za przyjaciół ma się największych rozrabiaków w szkole... Na szczęście i od ich kawałów mógł w końcu odpocząć.
          Odetchnął głęboko i skupił swe spojrzenie na migoczącym, zimowym krajobrazie za oknem. Nie mógł się doczekać, aż zobaczy swoja rodzinę i... Zaraz. Co to?
          Przez szparę pod drzwiami do przedziału wpadła różowa koperta. Remus schylił się po nią, podniósł ją i obejrzał dookoła nim zdecydował się na spojrzenie do środka. Gdy wyciągał kartkę ze środka, która okazała się jakimś zaproszeniem, przez szparę wpadła kolejna koperta, tym razem niebieska. I kolejna, zielona. I kolejna, czerwona... I żółta, i fioletowa, i znowu niebieska... Zaczęły wpadać jedna po drugiej. Po krzykach, Lupin domyślił się, że nie tylko on ma problem z falą zaproszeń zalewającą jego przedział.
          - Peter! - Luniak szturchnął Glizdogona i wstał próbując przepchać się przez prąd kopertowy.
          Nim zdołał przebić się do drzwi, ich przedział był już pełen po brzegi kolorowych zaproszeń. Na szczęście, gdy tylko je otworzył, szturm ustał.
          Na korytarz wysypali się uczniowie i setki kopert. Początkowy szok i panika powoli zaczęły zamieniać się w okrzyki zachwytu i podniecone rozmowy.
          Czując kto mógł być za to odpowiedzialny sięgnął po jedną z kopert i wyciągnął zaproszenie, które natychmiast opluło go potężną ilością brokatu. Tak. Zaproszenie na Sylwestra w Hogwarcie.
* * *
          Był późny wieczór, ale ani James, ani Syriusz nie mięli ochoty kłaść się spać. Opustoszały zamek zdawał się im jeszcze bardziej kuszący niż kiedykolwiek. Szczególnie teraz, gdy Mapa Huncwotów posiadała już kilka pięter, a pustki na korytarzach były wręcz namacalne.
          Usiedli razem przed kominkiem w pokoju wspólnym i racząc się wszystkimi możliwymi słodyczami jakie zdobyli poprzedniego dnia w Miodowym Królestwie, przyglądali się magicznemu pergaminowi śledząc każdą parę stóp z zafascynowaniem.
          - Mówiłem, że zmniejszą patrole... - wyszeptał Łapa rozkręcając kolejną czekoladkę - Pewnie nie wytrzymają nawet do północy.
          - Miałem nadzieję, że Evanesrunt wyjedzie na święta gdzie pieprz rośnie - skomentował James, palcem wskazując profesora krążącego po swoim pokoju na drugim piętrze.
          - Lily widziała go w dzień meczu jak wychodził z gabinetu madame Hooch... Dam sobie uciąć rękę, że to on pomógł Sam Wiesz Komu...
          James zrezygnował z kolejnego łakocia. Od nadmiaru słodyczy zaczynało go mdlić, Igitur i wspomnienie tamtego dnia aby spotęgowały to uczucie.
          - Co jest... - obaj pochylili się głębiej nad mapa uderzając się przy tym głowami. Nie zwrócili jednak na to uwagi. Na mapie imię i nazwisko profesora Evanescunta nagle zaczęło znikać, aż po chwili ślad po nim zaginął - Niemożliwe... Teleportował się?
          - Z Hogwartu? Nie ma takiej opcji...
          - Nawet nie ma tam kominka... Mapa się zepsuła?
          - Remus zarzekał się, że mapa się nie pomyli - James wstał ze spojrzeniem utkwionym w punkt w którym jeszcze przed chwilą był ślad Igitura - Jest tylko jeden sposób by to sprawdzić. Zaraz wracam z peleryną.
* * *
          Rogacz jeszcze raz spojrzał na obrys gabinetu Evanescunta na mapie i upewniwszy się, że dalej było tam puste pole uderzył w kawałek pergaminu różdżką i wypowiedział znamienite 'Koniec psot'.
          Stali właśnie z Syriuszem przed wielkimi dębowymi drzwiami, spowici w delikatny materiał peleryny niewidki. Cisza panująca w zamku sprawiła, że byli wyczuleni na najmniejszy szmer. Potter przyłożył ucho do drzwi i pewny, że słyszy całkowite 'nic', skinął na Łapę.
          - Alohomora... - minęła chwila niecierpliwości jednak wrota nie ustąpiły - Ech, gdyby był tu Remus... - Black przygryzł wargę zastanawiając się - Emancipare.
          'Klik' wydawał się rozdźwięczyć po całym Hogwarcie. Chłopcy wstrzymali oddechy czując jak wraz z otwieranymi drzwiami rośnie im gęsia skórka na całym ciele.
          Gabinet profesora był pusty. Spowijała go ciemność rozganiana jedynie przez zasłonięty mgłą księżyc. Wkroczyli do środka rozglądając się uważnie. Mapa się nie myliła. Profesora tam nie było, ale w takim razie, co się z nim stało?
          - Śniła mi się raz - stwierdził szeptem Potter wskazując na górującą w całym pomieszczeniu szafę Evanescunta. Widział ją już i w Proroku Niecodziennym i na korytarzu gdy Igitur przyjechał z nią do Hogwartu. Coś w niej go jednak teraz niepokoiło, jak nigdy wcześniej, ale to pewnie przez wzgląd na wspomniany sen i okoliczności w jakich teraz się znajdowali.
          - Śniła ci się jego szafa? Co ty bierzesz... - Black parsknąłby śmiechem, ale Potter zdołał zdusić jego radość w zarodku, dając mu cios z łokcia w bok.
          Uchylił jej drzwi i zajrzał do środka. Przez chwilę czuł nawet obawę, że wyskoczy z niej bogin, nic jednak takiego się nie wydarzyło, była pusta, zupełnie pusta, tak jak w jego koszmarze.
          - Po co ją przywiózł skoro nic w niej nie trzyma... - skwitował James.
          Obeszli cały gabinet dookoła. Nie było w nim jednak nic nadzwyczajnego. Kilka jakichś nudnych książek i rzeczy osobistych równie zdziwaczałych co ich właściciel. Najważniejsze było jednak to, że z pewnością w środku nie było profesora.
          Zrezygnowani i znudzeni szukaniem nie wiadomo czego, wyszli z gabinetu i zamykając za sobą drzwi znowu dobyli Mapy Huncwotów.
          - Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego... - zachwyt spowodowany pokazującymi się na pergaminie zarysami pięter oraz nazwiskami aktualnych bywalców w Hogwarcie przerwał głuchy łomot w gabinecie z którego dopiero wyszli. W tym samym czasie na mapie ukazało się drugie piętro, pokój Igitura, a w nim... Sam Igitur.
          Pomimo peleryny niewidki zarzuconej na plecy, słysząc pospieszne kroki zmierzające zdecydowanie w stronę drzwi, ruszyli pędem przed siebie. Pognali piętro wyżej i nie zastanawiając się długo, schronili się w tajnym przejściu do Hogsmeade, skrytym za Posągiem Jednookiej Wiedźmy.
          - To niemożliwe! - James ściągnął gwałtownym ruchem pelerynę i dysząc ciężko oparł się o ścianę.
          - Mi to mówisz? - Syriusz rozłożył mapę i pospiesznie odnalazł nazwisko Evanescunta. Na szczęście widniało dalej w jego gabinecie - Musiał się teleportować! Nie widzę żadnego innego logicznego wytłumaczenia...
          Siedzieli przez chwilę w ciszy, uspokajając oddechy. W końcu James spojrzał w głąb korytarza prowadzącego do magicznego miasteczka i coś go tchnęło...
          - Łapa... Myślisz, że on dalej tam jest? Mówię o Zniczu, w Zakazanym Lesie?
          - No... Jest taka opcja, o ile nie zniszczył go Sam Wiesz Kto, albo ktoś go po prostu nie znalazł... Ale co to ma do tego?
          - Jak pójdziemy teraz do Dumbledore'a i powiemy mu, że Evanescunt znika ze swojego gabinetu, za nic w świecie nam nie uwierzy. Jak powiemy, że to on zaczarował Złoty Znicz i że włamał się do gabinetu Hooch, też nam nie uwierzy. Nie uwierzy nam, ale Zniczowi? Przecież to magiczna piłka! Pamiętasz jak na ostatnich mistrzostwach ktoś rzucił na Złoty Znicz Flagrante? Da się z niej sczytać ostatnie zaklęcie i zaklinającego, jak z różdżki! Gdyby udało nam się go odnaleźć...
          - Myślisz, że Evanescunt nie zatarłby po sobie śladów?
          - Przybył dopiero z Dumbledorem. Ktoś albo zrobił to wcześniej, albo nie zrobił tego wcale. Albus mówił, że Znicza nie odnaleziono, ale...
          - Sam Dumbledore go nie znalazł, a ty chcesz? - Syriusz założył ręce na piersi i westchnął głęboko - Dobra, jeżeli istnieje jakakolwiek szansa żeby załatwić tego przeklętego Evanesrunta, to wchodzę w to. Zresztą, co mamy ciekawszego do roboty?